wtorek, 28 sierpnia 2018

Rozdział XXI

Wybiegłam jak najszybszej z hotelu i pobiegłam czym prędzej w stronę kawiarni, w której byłam umówiona z Gregorem. Byłam już nieco spóźniona, ale nie z mojej winy. Otóż musiałam wyjaśnić małe nieporozumienie w recepcji dotyczące mojego pokoju. A konkretniej mówiąc, powiedziano mi, że wycofałam rezerwację, co było absolutną nieprawdą. Na całe szczęście w odpowiednim momencie zjawił się Goran Janus i oznajmił mi, że mój szef poprosił go, żeby się mną trochę zaopiekował, bo dopiero zaczynam swoją przygodę z tym sportem. W rezultacie osobiście zarezerwował mi pokój na piętrze z resztą Słoweńców.
Jestem po prostu wkurzona tym pomysłem, ale nie mogę tego okazywać, bo nie chcę robić trenerowi przykrości. Następnym razem będę musiała coś wymyślić, aby nie mieszkać blisko tych pajaców.
Nim się obejrzałam, a dotarłam do najlepszej kawiarni w Engelbergu. A przynajmniej tak twierdził Gregor.
-Cześć, przepraszam za spóźnienie, ale musiałam wyjaśnić jeszcze jedną sprawę. - Zaczęłam, gdy doszłam już do celu i znalazłam odpowiedni stolik.
-Hej. - Cmoknął mnie w policzek. - W sumie to też dopiero przyszedłem. - Pomógł mi zdjąć kurtkę, co było bardzo miłe z jego strony. - Na jaką kawę masz ochotę? - Spojrzał mi w oczy, na co się uśmiechnęłam i przygryzłam delikatnie wargę. Jak ja uwielbiam, jak mężczyzna podczas rozmowy patrzy mi prosto w oczy.
-Zdam się na twój gust. - Powiedziałam, na co pokiwał głową i poszedł złożyć zamówienie. Nie musiałam długo czekać, bo już po chwili stał przede mną kubek gorącej kawy.
-Mam nadzieję, że trafiłem w twój gust. - Do moich nozdrzy zaczął docierać wspaniały aromat, który jeszcze jakiś czas temu niefajnie mi się kojarzył, ale dziś jest szansa, żeby to zmienić.
-Pachnie wybornie. - Zaciągnęłam się dłużej zapachem. - I pewnie też tak smakuje. - Zrobiłam łyka, ale od razu tego pożałowałam. - Ałć, gorące. - Skrzywiłam się, na co Gregor się zaśmiał.
-Powoli, nigdzie nam się nie spieszy. - Pogładził mnie po dłoni, przez co przeszedł mnie dreszcz. Mam tylko nadzieję, że tego nie zauważył. Jejku, co się ostatnio ze mną dzieje?! Fakt, Gregor jest przystojny i ma fajny charakter, jest pomocny i opiekuńczy, ale jedyne co nas może łączyć to co najwyżej przyjaźń i nic więcej. Poza tym na razie nie szukam związku.
(Peter)
Szedłem sobie chodnikiem, gdy zobaczyłem spieszącą się gdzieś Patricię. Nie to, że jestem ciekawski, ale po prostu postanowiłem się przejść w tamtą stronę. Jakby nie patrzeć to wolny kraj i mogę chodzić, gdzie mi się podoba.
Jak się okazało, dziewczyna była umówiona z tym pajacem Gregorem. Gdy to zobaczyłem, myślałem, że wyjdę z siebie. Po pierwsze, Schlierenzauer to największy podrywacz na tej ziemi i zmienia dziewczyny jak rękawiczki. Po drugie, jeśli myśli, że mi ją odbije, to jest w błędzie. Cóż, może ja i Patricia nie jesteśmy razem, ale doskonale widziałem przez ostatni czas, jak na mnie patrzyła i już niedługo będzie moja.
Po półgodzinnym czekaniu na mrozie i patrzeniu z ukrycia przez szybę na to, jak dziewczyna ślini się na jego widok, postanowiłem wkroczyć do akcji i zakończyć to spotkanie. Wiem, że jej się to nie spodoba i wpadnie w furię, ale jakoś to przeżyję. Poza tym tak słodko wygląda, jak się złości.
-Hej skarbie. - Zająłem miejsce obok dziewczyny i objąłem ją ramieniem. Od razu się delikatnie odsunęła i wyglądała na bardzo zaskoczoną. Przenosiła swój wzrok raz na mnie raz na Gregora i cały czas marszczyła brwi, jakby się nad czymś zastanawiała. Po chwili dopiero jakby się ocknęła i wstała z miejsca.
-Na mnie chyba już pora. - Powiedziała, nie zwracając przy tym na mnie uwagi.
-Tak szybko? - Zapytał zaskoczony Gregor. Niech on już sobie za dużo nie wyobraża. Pół godziny to i tak za dużo.
-No wiesz. - Albo mi się wydaje, albo wzrokiem dała mu znać, że chodzi o mnie. Może mój pomysł nie był najlepszy, ale przynajmniej skuteczny. - Spotkamy się następnym razem. - Już ja się postaram, żeby nie miało to miejsca.
Przesiedziałem jeszcze w kawiarni pięć minut i postanowiłem wrócić do hotelu. Kompletnie nie chciało mi się gadać ze Schlierenzauerem. Wolałem pójść do chłopaków z mojego teamu, bo miałem z nimi więcej wspólnych tematów i zawsze odwalali coś śmiesznego.
Kiedy wysiadłem z windy, od razu zauważyłem czatującą pod moim pokojem Patricię, która chodziła w kółko, czekając na mnie. Gdy drzwi za mną się zamknęły, stanęła w miejscu i przeniosła swój wzrok na mnie, a na jej twarzy było widać zdenerwowanie.
-Możesz mi powiedzieć, co ty odwalasz?! - Niemal krzyknęła.
-Idę właśnie do swojego pokoju. - Wzruszyłem ramionami. - Mogłabyś tak nie krzyczeć? Mieszkają tu też inni ludzie, którzy chcą odpocząć. - Co jak co, ale nie chcę mieć kłopotów.
-Posłuchaj! Nie wiem, o co ci chodzi, ale od samego początku włazisz z butami w moje życie! Mówisz mi, co mam robić, a co nie! Ustalasz z kim mam się spotykać, a z kim nie! Non stop łazisz za mną nie wiadomo po co! Zjawiasz się zawsze, kiedy...
-...kiedy mnie potrzebujesz.
-Nie!!! - Krzyknęła tak głośno, że pewnie słyszała ją cała okolica. - Czego ty ode mnie chcesz?! - Zrobiła kilka kroków w moją stronę tak, że staliśmy teraz twarzą w twarz. Dzieliło nas może piętnaście centymetrów.
-Po prostu uważam, że Schlierenzauer to nie najlepsza partia dla ciebie. - Próbowałem nieco uspokoić sytuację, jednak to było trudne, biorąc pod uwagę uparty charakter dziewczyny.
-Że co?! A od kiedy ty masz prawo decydować, z kim się spotykam?! - Wycelowała na mnie palcem.
-Od wtedy, gdy doszedłem do wniosku, że nie chcę, żebyś sobie narobiła nadziei, a potem cierpiała! - Krzyknąłem wyprowadzony z równowagi, przez co jej krzyki ustały.
-To tylko kolega. - Szepnęła nieco wystraszona moim wybuchem.
-Kolega. - Prychnąłem. - Doskonale widziałem jak ci ślinka ciekła! - W tym samym momencie poczułem jej dłoń zderzającą się z moim policzkiem. Nie wiem dlaczego, ale złość, która mną ogarnęła, sprawiła, że momentalnie złapałem Patricię za nadgarstki, wpijając się w jej usta i przygwożdżając do ściany. Dziewczyna pisnęła i próbowała mnie odepchnąć, jednak nie dałem za wygraną. Odpuściłem, dopiero kiedy jej kolano zderzyło się z moim kroczem, czego wynikiem było to, że zgiąłem się z bólu. Nasze spojrzenia jeszcze na moment się skrzyżowały, a ja widząc jej zaszklone oczy, pożałowałem tego, co zrobiłem.
Ajć, ajć, ajć! To się porobiło! Końcówka trochę nie taka, jaką chciałam, no ale jest. 

czwartek, 5 lipca 2018

Rozdział XX

Jest poniedziałek. Godzina szósta, a mój budzik daje o sobie znać. Tak to ten jakże piękny dzień, w którym po tygodniowym odpoczynku wracam do pracy. Dlaczego nie poszłam wczoraj wcześniej spać? A no tak. Zapomniałabym. Bo mój głupi brat wydzwaniał do mnie ze swoimi koleżkami. Dzisiaj wraca z Norwegii. Mam nadzieję, że zdążył się zamienić w bałwana.
Wstałam szybko z łóżka i poszłam do łazienki, żeby się w miarę ogarnąć. Ubrałam się i delikatnie pomalowałam, a następnie zeszłam do kuchni przyrządzić sobie jakieś śniadanie. Nim się obejrzałam a musiałam już wyjeżdżać do pracy. Założyłam płaszcz i kozaki, które się tak ślizgają, że dziwię się, że do tej pory się w nich nie wywaliłam.
Wsiadłam do mojego kochanego samochodu, zapięłam pasy i chciałam odpalić silnik, ale w zamian słyszałam tylko dziwne warczenie. Spróbowałam jeszcze kilka razy, ale nic z tego. Ciągle to samo.
-No dalej. Nie możesz mnie zawieść. Nie dzisiaj. - Powiedziałam pod nosem, chociaż i tak moja nadzieja pomału zaczęła wygasać. Zerknęłam na telefon w celu sprawdzenia godziny i zdałam sobie sprawę, że jak się pospieszę do zdążę jeszcze na autobus.
Po półgodzinnej drodze dotarłam w końcu do pracy z dziesięciominutowym spóźnieniem. Cóż, może nikt nie zauważy. Moje nadzieje rozwiał głośny pisk mojej koleżanki.
-Patricia! - Musiałam się powstrzymać aby nie zatkać uszów. - Dawno się nie widziałyśmy. - Przytuliła mnie na przywitanie.
-Faktycznie, będzie już z jakieś dwa miesiące. - Wszystko przez to, że najpierw ona pojechała  zdawać relacje z jakiś zawodów, ale nie pamiętam dokładnie dyscypliny, a potem ja jeździłam po konkursach pucharu świata w skokach narciarskich. Ostatni tydzień chorowałam, więc też się nie widziałyśmy. Ogólnie rzecz biorąc jakoś tak wyszło, że ciągle się mijałyśmy. - Oj będzie o czym plotkować. - Zaśmiałyśmy się i jak na zawołanie zza rogu wyłonił się szef. Podszedł do nas z poważną miną, co lekko mnie przeraziło.
-Teraz wychodzę, ale jak wrócę to wpadnij do mnie do gabinetu. - Spojrzałam na Veronicę, która miała tak samo zmartwioną minę jak ja. - A i jeszcze jedno. Na biurku zostawiłem ci rozpiskę zadań na dziś. Jak skończysz jesteś wolna. - Pokiwałam tylko głową, a on jak szybko się pojawił tak i zniknął.
-Uuu, nie za ciekawie to brzmiało. - Skrzywiła się dziewczyna i pomachała ręką.
-Może nie będzie tak źle. - Wzruszyłam obojętnie ramionami, ale w środku się stresowałam. - Spotkamy się potem na przerwie?
-Wiesz - zaczęła niepewnie - jestem już umówiona. Z Aleksandrem. - Dodała, gdy zobaczyła moją wyczekującą minę.
-No, w końcu się udało. Gratulacje. - Uściskałam dziewczynę.
-Na razie to tylko przyjacielski obiad, ale lepsze to niż nic.
-Na pewno to się jakoś ułoży. Trzymam za was kciuki, a teraz wybacz, muszę już lecieć do biura, bo w końcu naprawdę będę miała przechlapane. - Pożegnałyśmy się buziakiem w policzek i poszłam do swojego miejsca pracy.
Otworzyłam drzwi i dostrzegłam, że wszystko stoi na swoim miejscu, dokładnie tak, jak zostawiłam. Podeszłam do biurka, na którym powinna być kartka z moimi zadaniami na dziś. Wzięłam ją do ręki i przeczytałam, że mam tylko przetłumaczyć wywiady, które mam na poczcie i wrzucić je na stronę. Myślałam, że po takiej długiej nieobecności uzbiera się tego więcej, ale całe szczęście wyrobię się z tym szybciutko i będę mogła wcześniej wyjść.
Po dwóch godzinach mojej pracy dostałam telefon z informacją, że szef wrócił i chce się ze mną widzieć. Przed wyjściem napiłam się jeszcze szklanki zimnej wody, bo nagle zrobiło mi się strasznie gorąco.
-Dzień dobry. - Powiedziałam niepewnie, gdy weszłam już do gabinetu. - Szef chciał się ze mną widzieć.
-Tak, mam pewną propozycję. Usiądź. - Wskazał dłonią na fotel znajdujący się naprzeciwko niego, a ja posłusznie zajęłam miejsce. - Wyzdrowiała już pani?
-No tak. - Odpowiedziałam niepewnie. On mnie na pewno wyleje za te moje ostatnie zwolnienia.
-Na pewno? - Zmarszczyłam delikatnie brwi nie rozumiejąc do czego zmierza ta rozmowa.
-Tak, gdybym była chora to bym nie przyszła, żeby pana nie zarazić. - A tak szczerze to przydałoby mu się wziąć trochę wolnego. Czasami bywa irytujący.
-W takim razie nie będziesz miała nic przeciwko jak Emma przejmie twoje obowiązki, a ty zamiast niej będziesz jeździć po konkursach Pucharu Świata w skokach narciarskich? Ostatnio bardzo dobrze się spisałaś. Byłaś chora a mimo to dałaś radę napisać świetny reportaż. To jak będzie? - Zapadła cisza, a ja słowo po słowie zaczęłam interpretować w głowie. Siedziałam już tak chwilę i muszę przyznać, że doznałam zaćmienia umysłowego, bo nie mogłam zrozumieć do końca co on powiedział. - A więc?
-Zgoda. - Powiedziałam bez zastanowienia.
-W takim razie jedzie pani w czwartek do Engelbergu. - Uśmiechnęłam się delikatnie.
-To wszystko? - Pokiwał twierdząco głową, więc ruszyłam w stronę wyjścia. Zatrzymałam się w połowie drogi, bo nagle mi coś zaświtało w głowie. Otóż, Anze mi co wspominał kiedyś o tej miejscowości i... o nie! - Czy to przypadkiem nie ma związku ze skokami narciarskimi? - Zwróciłam się w jego stronę.
-A o czym ja mówiłem? Nie słuchała mnie pani. - Westchnął. - Chodziło mi o to, żeby pani do końca tego sezonu jeździła na skoki narciarskie i robiła reportaże. Takie same jak ostatnim razem.
-I ja się na to zgodziłam? - Pokiwał głową i spojrzał na mnie jak na idiotkę. - O kur... czaczek. - Dokończyłam, gdy zobaczyłam karcącą minę. - Nie ma opcji. Wycofuję się. Może być wszystko, tylko nie to.
-W takim razie ja mówię, że albo pani przyjmuje moją propozycję, albo może pani sobie szukać innej pracy.
-Palant. - Wyszłam trzaskając drzwiami. Nie mogłam lepiej zacząć tego tygodnia. Po prostu świetnie. Teraz będę miała zmarnowane jakieś trzy miesiące. Nie mogłam lepiej trafić. Przecież ja tam zwariuję i zamkną mnie w psychiatryku.
Otworzyłam drzwi do mojego gabinetu i pierwsze co mi się rzuciło w oczy to był bukiet ślicznych czerwonych róż leżący na moim biurku. Podeszłam bliżej, żeby poszukać jakiegoś liścika, ale nic nie było. Może ktoś się pomylił i zostawił je u mnie. Ja nawet nie pamiętam kiedy ostatnio dostałam kwiaty. Chyba w szkole na dzień kobiet.
Stwierdziłam, że zostało mi na prawdę mało pracy, więc na spokojnie mogę to skończyć w domu. Akurat zdążę na autobus, bo następny dopiero mam za trzy godziny, więc nie ma sensu tyle czekać. Ubrałam się odpowiednio i poszłam na przystanek. Całe szczęście nie spotkałam po drodze szefa, bo by mi znowu gadał jakieś głupoty.
Siedziałam tak chwilę, gdy nagle podjechało czarne audi. Nic sobie z tego nie robiłam dopóki szyba się nie uchyliła a ja nie ujrzałam Petera. No po prostu świetnie. A myślałam, że gorzej być nie może. Myliłam się. Zawsze może być gorzej.
-Podwieźć cię? - Uśmiechnął się czarująco, a mi ponownie przypomniały się chwile sprzed kilku dni. Nie wiem dlaczego, ale poczułam coś dziwnego w środku. Z jednej strony chciałam mu odmówić, bo po prostu jest wnerwiający, a z drugiej coś mnie ciągnęło do niego. Nie myślałam nigdy, że znajdę się w takiej sytuacji.
-Dzięki, zaraz mam autobus. - Starałam się brzmieć pewnie, ale chyba do końca mi nie wyszło.
-Oj chodź, i tak jadę do ciebie teraz, bo twój brat zostawił w moim samochodzie telefon.
-Możesz mi go dać to nie będziesz musiał specjalnie jechać. - Próbowałam być nieugięta, ale czułam, że dłużej już nie wytrzymam. Co on w sobie ma, że tak na mnie działa?
-Mógłbym, ale czuję się bardzo odpowiedzialny za jego telefon, a ty słyszałem, że masz tendencję do ich niszczenia, więc to by było nierozsądne z mojej strony. - Zrobiłam się lekko czerwona przypominając sobie sytuację z Kuusamo, jednak to było raczej z wściekłości niż zawstydzenia. - No chodź. - Zachęcił mnie po raz kolejny, a ja już nie stawiałam oporów i zajęłam miejsce obok niego. - Skąd masz takie piękne kwiatki? - Zerknął w moją stronę. Spojrzałam na bukiet ślicznych róż i wpadł mi do głowy świetny pomysł.
-Od chłopaka. - Odpowiedziałam, a po chwili zdałam sobie sprawę z jednej rzeczy. Czy ja chciałam, żeby był zazdrosny? To niemożliwe. Ostatnio w ogóle nie kontroluję tego, co mówię i robię. To okropne.
-Mmmm... Od chłopaka. - Powtórzył po mnie. - Może być i tak. - Mruknął jakby do siebie i uśmiechnął się pod nosem.

sobota, 21 kwietnia 2018

Rozdział XIX

-Wyluzuj. Nic się takiego nie stało. - Próbował mnie uspokoić. Myśli, że tak łatwo mu ze mną pójdzie. Oj braciszku, nie tym razem. Nie znasz jeszcze moich możliwości. Zapewniam cię, że wyciągnę z ciebie prawdę.
-Może i nic się takiego nie stało, ale wyjaśnij mi czemu mnie okłamałeś. Musi być ku temu jakiś powód. - Punkt pierwszy z mojej listy. Spróbuj na spokojnie porozmawiać.
-Ile razy mam ci powtarzać, że nie ma żadnego powodu? - Wstał gwałtownie z krzesła. - Poza tym przestań się interesować moim życiem! Ciągle tylko prawisz mi pogadanki jakbyś była moją matką! Mam tego dość! Jak chcesz się pobawić w niańkę to znajdź sobie faceta, który ci zrobi dziecko! - Patrzyłam na niego zaszklonymi oczami nie mogąc uwierzyć, że był w stanie tak do mnie powiedzieć. Wiedziałam, że nie chciał mnie zranić. Żałował, że się nie ugryzł w język. Widać to było po jego minie. Patrzyliśmy tak na siebie przez dłuższą chwilę. Żadne z nas nie przerywało trwającej ciszy. - Przepraszam. - Wyszeptał prawie niesłyszalnie. Po chwili zastanowienia postanowiłam rzucić jego słowa w niepamięć w końcu są ważniejsze sprawy na głowie niż obrażanie się o takie głupoty.
-Posłuchaj. - Westchnęłam. - Widzę, że masz jakiś problem, bo normalnie się tak nie zachowujesz. Zaufaj mi. Ja chcę ci naprawdę pomóc. Niech będzie jak kiedyś, gdy mówiliśmy sobie wszystko i kryliśmy się wzajemnie przed rodzicami. - Złapałam go za rękę. Chciałam, żeby ponownie zajął miejsce naprzeciwko mnie, ale tego nie zrobił.
-Tak było dopóki nie wyprowadziłaś się z domu. - Mruknął ledwie słyszalnie.
-A więc o to ci chodzi. - Dostałam nagłego olśnienia. Czyżbym rozgryzła tajemnicę? Jego twarz nie zdradzała zbyt wiele, jedynie oczy wskazywały, że jest coś jeszcze. Martwiło mnie to trochę.
-Poniekąd. Wiesz jak się czułem gdy nagle dowiedziałem się od rodziców, że się wyprowadzasz? Od rodziców. Rozumiesz? - Zrobił chwilę przerwy, żeby dać mi trochę do myślenia. - Ty, osoba przed którą nie miałem tajemnic, nie powiedziałaś mi o tak ważnej sprawie. - Nie spodziewałam się, że ta jedna rzecz, którą normalnie uznałabym za błahostkę będzie miała taki duży wpływ na Anze i tak go zrani. Zawsze sądziłam, że dzięki wyprowadzce bardziej się usamodzielnię i poznam życie trochę z innej strony.
-Anze? - Przeniósł swój wzrok z podłogi na mnie. - Czemu mi wcześniej nie powiedziałeś? - Wstałam, aby choć trochę spróbować się zrównać z nim wzrostem.
-A co byś z tym zrobiła? Zrezygnowałabyś z przeprowadzki? Wzięłabyś mnie ze sobą? Wiesz, że to było wtedy niemożliwe.
-Nie wiem co bym wtedy zrobiła, ale na pewno bym coś wymyśliła. - Przytuliłam chłopaka, co odwzajemnił. Czułam jeszcze jak był delikatnie spięty. Coś mi tu nie grało. Mam wrażenie, że jest jeszcze coś, co ukrywa. - Jest jeszcze coś, co chciałbyś mi powiedzieć? - Bardziej stwierdziłam niż zapytałam.
-Chodź. - Złapał mnie za rękę i pokierował mnie do salonu. Usiadłam na kanapie i wpatrywałam się w brata, który jedyne co robił to bawił się palcami. Dałam mu chwilę czasu i czekałam aż zacznie mówić. - Zanim ci powiem to musisz mi obiecać, że nikomu nie powiesz. - Odwrócił się w końcu w moją stronę i popatrzył na mnie takim spojrzeniem, żebym zrozumiała powagę sprawy. Najgorsze jest to, że widząc do z taką miną wpadam w coraz większy niepokój.
-Obiecuję. - Uniosłam dwa palce mojej ręki w górę.
-To, co powiem może być dla ciebie lekkim zaskoczeniem i nie zachowuj się tak jak zawsze, gdy dowiadujesz się czegoś nowego. - Zrobił jakąś dziwną minę. Czy on niby naśladuje mnie? Przecież ja tak nie robię. Cóż, najwyraźniej wraca mu humor.
-Mów, zrozumiem wszystko.
-A więc... Zaręczyłem się. - Zapadła cisza. Otworzyłam szeroko oczy i skanowałam krok po kroku jego twarz szukając oznaki, która świadczyła by o żarcie. Takowej nie znalazłam. Dopiero po chwili zaczął dochodzić do mnie sens wypowiedzianych przez niego słów. - Proszę, nie patrz tak na mnie.
-Ale jakim cudem? Przecież nawet nie mówiłeś nic o tym, że masz dziewczynę taką na poważnie a tu wyskakujesz z narzeczoną. - Mój brat to taki typ człowieka, którego wszystkie związki kończyły się po jakimś tygodniu albo jeszcze wcześniej. Nigdy tego nie mogłam zrozumieć. Może teraz w końcu się ustatkował.
-Tak jakoś samo wyszło. - Wzruszył ramionami.
-Długo jesteście razem? - Oparłam się łokciem o oparcie kanapy i patrzyłam na Anze, który uśmiechał się pod nosem.
-Rok.
-I mi nie powiedziałeś? - Rzuciłam w niego poduszką i zaczęłam się śmiać. Na początku trochę było mi przykro, że mi wcześniej nie powiedział, ale najwyraźniej miał ku temu jakieś powody.
-Miałem to zrobić, ale dopiero za miesiąc. - Po chwili spoważniał, jakby powiedział coś, czego nie powinien.
-Czemu akurat za miesiąc? Co wtedy będzie? - Przymrużyłam oczy oczekując odpowiedzi.
-Nosz kurde. - Zacisnął pięści. - Miałem nikomu nie mówić, a ty zapewne teraz nie odpuścisz. - Westchnął. - Za miesiąc zostanę ojcem. - Zakrztusiłam się, gdy usłyszałam jego słowa. Tak jak po tym, jak powiedział mi, że ma narzeczoną byłam zaskoczona, tak teraz jestem w kompletnym szoku i nie wiem co powiedzieć. Mój brat przecież jeszcze niedawno był takim maluśkim chłopcem, a teraz sam będzie miał dziecko. Nie mogę w to kompletnie uwierzyć. Jak on w ogóle sobie z tym poradzi, skoro na każdym praktycznie kroku udowadnia jak bardzo jest dorosły, oczywiście z sarkazmem.
-Wiesz, że to poważna sprawa? Musisz stać się odpowiedzialny i... - Przerwałam, gdy zobaczyłam jego minę, która wręcz mi mówiła, że nie muszę mówić takich oczywistych rzeczy. - Nie patrz tak na mnie. Doskonale pamiętam jak w Kuusamo sobie poszedłeś na randkę. - Wywrócił oczami i oparł się bardziej o kanapę.
-To nie była randka tylko przyjacielskie wyjście.
-Posłuchaj, jestem twoją starszą siostrą, może nie dużo, ale jednak i czuję się w pewnym sensie za ciebie odpowiedzialna. Wiedz, że dopilnuję, abyś przestał latać z kwiatka na kwiatek i odpowiednio zaopiekował się dzieckiem i...
-Sofią. Wiedziałem, że tak będzie jak ci powiem. Tak trudno ci uwierzyć, że w końcu zrozumiałem wiele rzeczy? Ja naprawdę chcę, żeby wszystko ułożyło się jak najlepiej. - Powiedzmy, że uspokoił mnie trochę tymi słowami.
-W takim razie zapoznaj nas przy najbliższej okazji, a teraz leć do siebie. Musisz się wyspać na jutro.

wtorek, 27 marca 2018

Rozdział XVIII

-Możesz się tak na mnie nie gapić? - Od dłuższego czasu opatrywałam twarz Peterowi, żeby nie miał tak dużej opuchlizny a on bezkarnie patrzył na mnie, co bardzo mnie dekoncentrowało. Starałam się nie zwracać na to uwagi, ale w końcu nie wytrzymałam i po prostu musiałam mu coś powiedzieć.
-To gdzie mam niby patrzeć, skoro jedynym w miarę ciekawym obiektem w zasięgu mojego wzroku jesteś ty? - Fajnie, że mówi o mnie jak o rzeczy. Naprawdę miłe uczucie. Ugryzłam się w język, chyba po raz pierwszy w życiu, żeby uniknąć powiedzenia czegoś, czego mogę żałować, w końcu obiecałam Anze, że nie będę wchodzić w konflikty.
Prevc nie posłuchał mojej sugestii na temat tego, żeby przestał się na mnie patrzeć, więc jak zwykle musiałam wziąć sprawy w swoje ręce. Sięgnęłam do apteczki i wyciągnęłam bandaż, którym miałam zamiar zawiązać mu oczy, ale niestety mi w tym przeszkodził.
-Co ty wyprawiasz? - Wyrwał mi z ręki opatrunek i rzucił gdzieś za siebie. No tak, bo oczywiście później przylecą magiczne elfy i to posprzątają.
-A nie widzisz? Staram się, żeby zatrzeć ślady tej bezsensownej bójki, abyś nie miał przerąbane u trenera, ale ty najwyraźniej to lubisz, bo tylko mi wszystko utrudniasz i zaraz stracę cierpliwość, i wylecisz stąd na kopach! - Mówiłam coraz głośniej.
-Spokojnie, spokojnie. Myślałem, że to jest twoja zdenerwowana wersja, ale skoro mówisz, że może być jeszcze gorzej... - Zmroziłam go wzrokiem, na co od razu się przymknął i uniósł ręce w geście obrony. - Dobra,  dobra, już nic nie mówię. - Powiedzmy, że okażę swoją dobroć i dam mu tą ostatnią szansę.
-Jak w ogóle się tu znalazłeś? W sensie dopiero byłeś w klubie, a potem nagle... - Zaczęłam po dłuższej chwili ciszy.
-Jeżeli myślisz, że pozwoliłbym ci wracać samej po ciemku to jesteś w błędzie. - Wstał momentalnie z krzesła przez co wypadł mi lód z ręki. Czy ja dobrze słyszałam co on powiedział, a może z powodu zmęczenia mało co kontaktuję i wymyślam jakieś niestworzone brednie?
-Dobrze słyszę? - Powiedziałam bardziej do siebie, ale chłopak jednak to usłyszał i pokiwał twierdząco głową. Stał tak blisko mnie. Może dzieliło nas jakieś dziesięć centymetrów. Czułam doskonale jego równomierny oddech przez który przez moje ciało zaczęły przechodzić ciarki. Byłam od niego niższa, więc dopiero po chwili odważyłam się przenieść swój wzrok z jego ust na oczy, w których po prostu utonęłam. Już podczas naszego pierwszego spotkania przykuły moją uwagę, ale teraz wydawały się jeszcze piękniejsze.
-Za dużo niebezpieczeństw czeka na taką piękną kobietę. - Patrzył mi prosto w oczy i uśmiechał się przesłodko. Złapał moją prawą dłoń, przez co poczułam przyjemny dreszcz i powoli uniósł ją do góry. Musnął ją swoimi ustami nie spuszczając ze mnie wzroku. Stałam jak zaczarowana. Nie wiedziałam do końca co się ze mną dzieje. Normalnie bym wzięła do ręki coś, co bym znalazła pod ręką i walnęłabym go w łeb, ale teraz...
Czar prysł równo z dzwonkiem mojego telefonu. Odskoczyłam od chłopaka delikatnie przestraszona zaistniałą sytuacją. Spojrzałam na torebkę leżąca na stole, a potem znów na niego.
-Odbiorę. - Szepnęłam i podeszłam do torebki, w której zaczęłam szukać urządzenia. Długo mi to nie zajęło i już po chwili mogłam usłyszeć znajomy głos. - Cześć Gregor. - Spojrzałam na Petera, który słysząc moje słowa momentalnie zacisnął szczękę, co było bardzo dziwne. - Zaraz wrócę. - Szepnęłam i udałam się do sąsiedniego pomieszczenia.
-Mam nadzieję, że cię nie obudziłem. - Zaczął od razu.
-Nie wiem czy w ogóle będę w stanie dziś zasnąć. - Mruknęłam pod nosem.
-Jak to?
-Problemy z byłym. - Zakończyłam szybko. - Nie rozmawiajmy o tym. Lepiej powiedz co u ciebie? - Nasza pogawędka długo nie trwała, ale jak wróciłam już do kuchni to Petera nigdzie nie było. Może to i lepiej, dzisiejszy wieczór układał się dosyć dziwnie i nie wiadomo jakby się to wszystko mogło potoczyć. Nie mam w ogóle pojęcia dlaczego zaczęłam się tak głupio przy nim zachowywać. Normalnie jak nie ja. Pewnie to wszystko przez te jego durne tekściki na podryw, którymi poderwał większość dziewczyn, ale napewno na mnie już nie podziałają. O to mogę być spokojna.
-Coś się stało? - Z rozmyślania wyrwał mnie głos Anze, który nie wiem skąd się pojawił. Rozejrzał się przerażony po pomieszczeniu, w którym jeszcze nie zdążyłam posprzątać. Mam nadzieję, że nie pomyśli, że nie doceniam jego dzisiejszego wysiłku w ogarnięciu tego wszystkiego.
-Idiota Andreas pobił się z idiotą Prevcem. - Już słyszałam to głośne "co?", które by się zaraz wydostało z ust Anze. - Spokojnie, nikt nie zginął.
-Co tu robił Andreas?
-Przyszedł żebym mu wybaczyła. - Powiedziałam z kpiną i usiadłam przy stole. - Masz w ogóle pojęcie? Po tym wszystkim co mi zrobił pojawia się i prosi o wybaczenie. Do tej pory było go stać jedynie na przeprosiny w postaci smsa.
-Ale mu chyba nie wybaczyłaś? - Usiadł naprzeciwko mnie. Szczerze, to myślałam, że mój brat trochę lepiej mnie zna.
-Oszalałeś? Po tym wszystkim? Mowy nie ma! - Walnęłam ręką w stół na podkreślenie moich słów.
-Mądra siostra. - Pogłaskał mnie po głowie na co się uśmiechnęłam. - Czyli rozumiem, że Peterem się zajęłaś? - Skierował się w stronę lodówki. Mam już tego dość. Codzinnie to samo. Idę rano na zakupy, kupuję zapasy na kilka dni, a on wszystko zje i nawet dobrze nie wiem kiedy. Ja niedługo zbankrutuję!
-Przytyjesz. - Postanowiłam już nie robić awantury. Nie mam na to siły. - A co do Petera to trochę mu się oberwało, więc nie miałam wyjścia.
-Nie pozabijaliście się. Sukces. - Odwrócił się w moją stronę z ciastem w ręku.
-Nie było kiedy, bo zadzwonił Gregor, a ten nawet nie wiem kiedy poszedł. - Nie usłyszałam przez chwilę odpowiedzi, więc odwróciłam się w jego stronę. Miał minę jakbym mu coś zrobiła. Szybko podszedł do mnie, przez co się trochę wystraszyłam.
-Ty wcale o mnie nie myślisz. - Oho, wyczuwam pretensje. - Chcesz, żebym się w końcu dorobił? To nie zadawaj się z tym całym Gregorem. - Jego imię zaakcentował w tak zabawny sposób, że uśmiech ponownie pojawił się na jego twarzy.
-Dorobił. - Prychnęłam. - Dobre. Musimy jeszcze wyjaśnić kwestię twojego mieszkania u mnie. - Zrobiłam poważną minę dla zwiększenia powagi sytuacji.

niedziela, 11 marca 2018

Rozdział XVII

-Dawno się nie widzieliśmy. - Nie wiedziałam, czy mówi to tak po prostu, bo się stęsknił, czy może z kpiną. Jedno jest jednak pewnie. Jego obecność tu z pewnością nic dobrego nie zapowiada.
-Nie było takiej potrzeby. - Westchnęłam obojętnie i chciałam go wyminąć, jednak mi na to nie pozwolił, bo złapał mnie za nadgarstek.
-Ja tak nie uważam. - Patrzył mi prosto w oczy, przez co byłam jak w transie, bo wszystkie wspomnienia zaczęły wracać.
-Puść mnie. - Szepnęłam. Nie byłam w stanie wykonać żadnego gwałtownego ruchu.
-Porozmawiaj najpierw ze mną. - Rozluźnił delikatnie uścisk dłoni, dzięki czemu poczułam lekką ulgę i mogłam sobie pozwolić na zrobienie kroku w tył.
-Cały czas rozmawiamy. - Skrzyżowałam ręce i odwróciłam wzrok, aby nie patrzeć na niego. - Jak mnie tu w ogóle znalazłeś?
-Miłość nie zna granic. - Prychnęłam. - Nie śmiej się. Ja cię kocham. Zawsze cię kochałem i nadal będę. Nic tego nie zmieni. - Założył kosmyk moich włosów za ucho i delikatnie się pochylił nade mną w wiadomym celu. Oczywiście nie pozwoliłam mu na to. Na pewno nie po tym, co mi zrobił.
-Jak byłeś z tamtą to też mnie kochałeś? - W kącikach moich oczu zaczęły zbierać się łzy, które jednak szybko otarłam.
-Byłem pijany. Nie wiedziałem co robię. - Złapał mnie za rękę, ale szybko ją strząsnęłam.
-Czyli jakbym to ja zdradziła ciebie będąc pod wpływem alkoholu to byś mi wybaczył?
-To co innego. Ty jesteś kobietą. - W ten oto sposób ze smutnej zmieniłam się w zdenerwowaną osobę. Myślałam, że zaraz wybuchnę ze złości.
-A co to ma za znaczenie?! Jest dwudziesty pierwszy wiek! Kobiety powinny mieć takie same prawa jak mężczyźni! Poza tym powiedziałeś, że byłeś pijany i nie wiedziałeś co robisz! Gówno prawda! Zapomniałeś już jak wyjechałeś sobie z nią na Majorkę?! Podczas całego naszego związku nigdzie mnie nie zabrałeś. A może ona była twoją prawdziwą dziewczyną? - Nerwy wzięły nade mną górę i cała zaczęłam się trząść. Czułam jakby cały zły koszmar powrócił.
-Teraz albo nigdy. - Szepnął jakby do siebie, a następnie wziął głęboki wdech i spojrzał w moje oczy. - Posłuchaj. - Położył swoje dłonie na moich ramionach. - Przeżywałem wtedy trudny czas. Potrzebowałem jakiejś odskoczni od tych wszystkich problemów.
-Aha, czyli ja byłam dla ciebie tylko problemem. Fajnie wiedzieć.
-Nie mów tak. Ja cię kochałem, kocham i nadal będę kochał. Nic tego nie zmieni. Proszę cię, daj mi szansę, abym naprawił ten błąd. - Nie mogłam już dłużej wysłuchiwać jego wypowiedzi. Nie mogłam pozwolić, aby znów rozbudził we mnie uczucia, które kiedyś we mnie buzowały, a przez które tyle wycierpiałam. Nie mogłam.
-Muszę iść. - Wyminęłam go i chciałam iść w stronę domu, ale on nie odpuszczał i postanowił dotrzymywać mi kroku.
-Nie uciekaj. Dobrze wiem, że nadal coś do mnie czujesz. - Odwrócił mnie w swoją stronę. - Nie bój się tego przyznać. - Patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana. To nie był już ten sam Andreas, którego znałam. Zmienił się. Był taki pewny siebie. Miałam wrażenie, że ani trochę nie żałuje tego, jak mnie skrzywdził. Był najwyraźniej przekonany, że wróci tak po prostu, powie jakąś regułkę, której się wcześniej wyuczył, a ja wpadnę mu w ramiona. Może kiedyś bym tak zrobiła, ale na pewno nie teraz. Nie mam zamiaru ponownie wchodzić w relację z kimś, kto się tak zachowuje.
-Zostaw ją! - Usłyszałam znajomy głos, ale byłam w takim transie, że nie mogłam rozpoznać kto to. Jedyne co do mnie docierało to jakaś wymiana zdań dwóch osób. Ocknęłam się dopiero, gdy zdałam sobie sprawę, że to przecież Andreas i Peter. Zaczęłam się jedynie zastanawiać co ten drugi tu robi, przecież dopiero był z chłopakami w klubie. Moje rozmyślania zostały przerwane w momencie, gdy mój były uderzył Prevca, co rozpętało prawdziwą bójkę. Nie wiedziałam kompletnie jak ich rozdzielić. Bałam się podejść bliżej, żeby przypadkiem nie oberwać.
-STOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOP!!! - Popatrzyli na mnie jak na wariatkę, ale ważne, że podziałało i przestali się bić. - Uspokójcie się! Zachowujecie się jak dzieci! - Popatrzyłam na nich karcąco. - Andreas, myślę, że lepiej będzie jak już sobie pójdziesz.
-Całkowicie się z tobą zgadzam. - Zmierzył Prevca morderczym wzrokiem i udał się w znanym tylko sobie kierunku.
-Co on tu robił? - Zapytał Peter, a mnie na samą myśl o opowiadaniu wszystkiego było niedobrze.
-Eh, długa historia. Może kiedyś... - Popatrzyłam na drobne obrażenia na twarzy chłopaka i delikatnie się skrzywiłam, na co pokręcił tylko głową. - Muszę to opatrzyć. - Złapałam nieświadomie dłoń chłopaka. Poczułam momentalnie przyjemny dreszcz przechodzący przez moje ciało. Popatrzyłam na nasze splecione dłonie i stałam tak przez chwilę w bezruchu. Zdałam sobie sprawę jak to musiało głupio wyglądać z mojej strony. Zerknęłam na chłopaka, który uważnie mi się przypatrywał z lekko uchylonymi ustami jakby chciał coś powiedzieć. Nagle jak oparzona wyrwałam swoją dłoń i schowałam ją do kieszeni. - Po prostu chodź. - Dalsza droga minęła nam w ciszy. Żadne z nas się nie odzywało. W sumie mogłabym, ale co miałabym niby powiedzieć? Że cieszę się, że przegonił Andreasa? Albo, że fajnie, że znowu go spotykam w najmniej spodziewanym momencie? Przecież to niedorzeczne. Ja go nawet nie lubię. - Usiądź sobie. Zaraz powinnam znaleźć apteczkę.
-Naprawdę nie musisz. To nic poważnego.
-Aha. Nic poważnego. - Powiedziałam z sarkazmem. - A ciekawa ja jestem, co Goran powie na te sińce. - To nie tak, że się martwię o Petera, po prostu nie chcę, żeby miał przeze mnie kłopoty.
-Nic. A co ma powiedzieć? To nie jego sprawa. - Wzruszył ramionami, a ja podeszłam bliżej z apteczką w ręku. Normalnie czuję się jak jakaś pani doktor. - To jest konieczne? - Popatrzył niepewnie w moją stronę, a ja pokręciłam twierdząco głową. - Ale nie będzie bolało? - Zapytał siadając na krześle.
-Kurde, Peter, dorośnij w końcu.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Rozdział XVI

Stoję właśnie przed drzwiami do mojego domu. Zastanawiam się czy lepiej będzie jak zadzwonię dzwonkiem, czy po prostu wejdę. Mija może trzy minuty i sobie uświadamiam, że marnuję tylko mój cenny czas, w końcu to mój dom i dlaczego miałabym tak po prostu nie wejść do środka, tylko bawić się w jakieś głupie podchody.
Otwieram drzwi i co zastaję? Ślicznie lśniące podłogi, w którym można się przeglądać. Wszystkie rzeczy poukładane na swoim miejscu. Pozmywane naczynia. Zero walających się ubrań pod nogami. Jednym słowem wielki, nienaganny porządek. Szczerze powiedziawszy to nawet na zeszłoroczne święta nie dałam rady tak wszystkiego ogarnąć.
Przyglądałam się wszystkiemu z niemałym zaskoczeniem i szeroko otwartymi oczami. No, no muszę przyznać, że braciszek przeszedł samego siebie. Nie mogę jednak dać po sobie poznać, pod jak wielkim jestem wrażeniem, bo pomyśli, że owinął mnie sobie wokół palca, a na to nie mogę pozwolić. Co to, to nie.
-O, już wróciłaś. - Zbiegł ze schodów Anze. Miałam grać poważną i surową siostrę, ale jego widok w chustce założonej na głowie mnie totalnie rozbawił i nie byłam w stanie powstrzymać się od śmiechu. Skąd on w ogóle to wytrzasnął? Zauważyłam jak chłopak marszczy czoło i patrzy na mnie niezrozumiale. Ja tylko wskazuję palcem na swoją głowę, żeby zrozumiał o co mi chodzi. Niestety moje przypuszczenia o tym, że mój brat jest głupi się potwierdzają. - Sama się puknij w łeb. - Bucham jeszcze większym śmiechem niż poprzednio, co w sumie nie wiem czy jest normalne.
-Chustka pacanie. Chustka. - Uderzam go delikatnie w ramię, na co tylko łapie się w to miejsce z miną jakby go to zabolało. - Skąd do wytrzasnąłeś? - Zapytałam tym razem starając się być bardziej opanowana. Anze jedynie pokręcił głową i złapał mnie za rękę prowadząc prosto na kanapę w salonie.
-Zasiądź wygodnie ma kochana siostro i racz poświęcić odrobinę czasu na wysłuchanie swego wspaniałego, inteligentnego, bystrego, wielmożnego, najlepszego... - Coś mi podpowiadało, że będzie wyliczał w nieskończoność, więc postanowiłam mu przerwać.
-Do rzeczy. - Wywróciłam oczami i usłyszałam jedynie jak odchrząkuje.
-To jest chustka. - Zdjął z głowy wspomnianą rzecz i pomachał mi nią przed oczami. - Ale nie taka zwykła chustka. - Pokręcił mi przed oczami wskazującym palcem, a następnie pstryknął mnie w nos. - Przedstawiam państwu... - Podniósł odrobinę ton głosu jakby wygłaszał jakąś ważną przemowę.
-Państwu? - Zmierzył mnie jedynie wzrokiem, w którym dało się ujrzeć pretensję wywołaną w wyniku przerwania jakże ważnej dla niego chwili. Postanowił najwyraźniej olać moje pytanie i kontynuować swoją mowę.
-Przedstawiam państwu wielofunkcyjną chustkę, która ma trzy ważne zalety. Po pierwsze jest bardzo poręczna i można ją przechowywać gdziekolwiek się chce, dlatego można ją mieć zawsze przy sobie. - Dosłownie czułam się jakbym oglądała jakiś program z telezakupami w telewizji.
-W szczególności jak skaczesz na skoczni. - Mruknęłam pod nosem.
-Proszę o ciszę. - Uniosłam ręce w geście obrony, aby dać mu do zrozumienia, że może kontynuować. - Dziękuję. A więc, jak już mówiłem... Chustka ta jest wielofunkcyjna. Można ją na przykład owinąć wokół szyi, gdy boli kogoś gardło. W ten sposób gwarantuje szybki powrót do zdrowia. Podczas sprzątania może posłużyć  jako ściereczka do kurzu. A dla najmłodszych jako... peleryna superbohatera! - Najwyraźniej postanowił mi to zaprezentować, ponieważ zawiązał ją sobie pod szyją udając, że ma prawdziwą pelerynę. Na dodatek wziął do ręki szczotkę, którą prawdopodobnie musiał zapomnieć schować i zaczął udawać, że na niej lata niczym czarownica. Boże! Czy to naprawdę mój brat! On już dawno powinien wylądować w psychiatryku! Jakim cudem to się jeszcze nie wydarzyło?!
(kilka godzin później)
Przyglądam się właśnie jak mój brat tańczy na parkiecie w miejscowym klubie. Nie wiem czy to z powodu alkoholu tak plączą mu się nogi, czy może on naprawdę tak tańczy. No cóż, w sumie to najważniejsze, że się dobrze bawi, w przeciwieństwie do mnie. Muszę siedzieć i wysłuchiwać jakiś mało obchodzących mnie zwierzeń ze strony Semenica. Nie mam zielonego pojęcia po co mój brat mnie tu wyciągnął. Naopowiadał, że będzie bardzo fajnie, a w końcu jak się okazuje to jest nudno. Na dodatek ten bezmózgi Prevc siedzi naprzeciwko mnie i się ciągle gapi na mnie. Ja oczywiście jako wieczna męczennica muszę udawać, że tego nie widzę i zachowywać się normalnie. Najchętniej bym go walnęła w głowę moją torebką, ale mi nie wypada, w końcu wezwie ochronę i opiszą mnie we wszystkich gazetach.
-Ja chyba będę już szła. Jestem zmęczona. - Mówię do brata, kiedy w końcu podchodzi do naszego stolika. - Z resztą wy też nie powinniście szaleć. Jutro przecież jedziecie na kolejne zawody. - Zwróciłam się do wszystkich skoczków znajdujących się wokół mnie.
-To dopiero jutro. Teraz liczy się tu i teraz. Odprowadzę cię. - Muszę przyznać, że mój brat jest bardzo opiekuńczy, oczywiście  tylko wtedy jak mu coś strzeli do głowy.
-Nie musisz. Znam drogę doskonale. Mieszkam w tym mieście od ponad dwudziestu lat. - Uniósł delikatnie rękę chcąc coś powiedzieć, ale widząc moją minę doskonale wiedział, że dyskutowanie ze mną nie ma najmniejszego sensu.
Pożegnałam się z chłopakami i wyszłam na zewnątrz. Muszę przyznać, że jest dosyć zimno i ciemno, ale co się będę przejmować. Do domu mam tylko jakieś pięć minut drogi.
Powoli szłam w stronę mojego mieszkania, co chwilę odwracając się z myślą, że ktoś mnie śledzi. Jednak za każdym razem, gdy się rozglądałam, nie byłam w stanie nikogo ujrzeć. Żywej duszy nie widać na ulicy. Samochody nagle jakby też przestały jeździć. Muszę przyznać, że odrobinę się wystraszyłam. Postanowiłam być jednak silna i iść dalej.
Będąc już blisko domu ujrzałam  sylwetkę mężczyzny. Była mi dosyć znajoma. Gdy się zbliżyłam już byłam pewna z kim mam do czynienia. Przełknęłam jedynie głośno ślinę i postanowiłam stawić mu czoło.
Szczerze to ten rozdział pisało mi się baaaaardzo szybko, bo w godzinę dałam radę napisać, a zazwyczaj rozbijam to na kilka dni. W prawdzie słowa i fabuła nasuwały mi się same w trakcie pisania i nie musiałam się zbytnio zastanawiać o czym pisać, ale prawdę mówiąc to jakoś nie za bardzo podoba mi się ten rozdział. Mam wrażenie, że czegoś w nim brakuje...

piątek, 19 stycznia 2018

Rozdział XV

-Anze! - Krzyknęłam głośno, aby chłopak mógł mnie doskonale usłyszeć. Mieszkał u mnie od trzech dni a ja już go miałam dosyć. Gdyby nie świadomość, że lada dzień sobie wyjedzie na kolejne zawody i będę miała spokój to już dawno bym go stąd wyrzuciła.
-Co? - Zapytał zirytowany. No tak, bo przecież wylegiwanie się na kanapie i oglądanie telewizji jest ważniejsze niż posłuchanie przez chwilę swojej dobrodusznej siostry, która pozwala mu korzystać ze wszystkich wygód w tym domu.
-Widziałeś gdzieś moje kluczyki od samochodu? W tym bałaganie nie mogę ich znaleźć. - Oczywiście cały ten nieład panujący w domu to wina Anze. Rozrzuca wszystkie swoje rzeczy po całym mieszkaniu i nic nie odkłada na miejsce. Już nie wspomnę o niepozmywanych naczyniach i jedzeniu, które ciągle wyżera z mojej lodówki. Hmm... a gdyby tak podkablować trenerowi?
-Tutaj są. - Wyciągnął je z kieszeni i rzucił w moją stronę. Gdyby nie mój dobry refleks to pewnie bym nimi oberwała prosto w twarz. Przecież on mógł mi coś zrobić. I to ma być brat? - Zapomniałem odwiesić na miejsce. - Odparł widząc moją minę.
-Chcesz mnie zabić? A tak poza tym to kto ci pozwolił je ruszać? Nie nauczono cię, że cudzych rzeczy się nie bierze?
-Oj tam, oj tam. Przesadzasz. Pojeździłem sobie trochę po mieście i odstawiłem ci samochód na miejsce. Nic się takiego nie stało. - Mówił tak, jakbym była jakąś histeryczką.
-Zaraz mnie szlag na miejscu trafi. - Powiedziałam bardziej do siebie. - Wychodzę, a jak wrócę to ma być tu wysprzątane na błysk, bo jak nie to wylecisz z tego domu na kopach!!! - Trzasnęłam na odchodne drzwiami i pojechałam do mojego rodzinnego domu, przy okazji pewnie łamiąc dużo przepisów drogowych.
Od razu po zaparkowaniu samochodu mogłam ujrzeć moją mamę stojącą w oknie i przypatrującą się, kto raczył ją odwiedzić. Uśmiechnęłam się w jej stronę i uniosłam dłoń w celu pomachania. Nie czekając dłużej skierowałam się w stronę drzwi wejściowych, wcześniej otrzepując buty ze śniegu. Kiedy znalazłam się już w środku, moja rodzicielka od razu rzuciła mi się na szyję obdarowując mnie całusami.
-Dobrze, że przyjechałaś. - Trochę zaniepokoiły mnie jej słowa, dlatego postanowiłam upewnić się, czy oby na pewno wszystko w porządku.
-Stało się coś? - Próbowałam się czegoś dowiedzieć.
-Nie, po prostu cieszę się, że przyjechałaś. Dawno się nie widziałyśmy. - Wywróciłam oczami na te słowa. Tydzień to w końcu nie jest tak dużo. Prawda? - No nie rób tych swoich min tylko rozbieraj się. Nie będziemy przecież rozmawiać w przedpokoju. - Moja mama udała się do kuchni, a ja zaczęłam pomału zdejmować kurtkę.
-Tak właściwie to przyjechałam, bo musimy poważnie porozmawiać. - Powiedziałam nieco głośniej, aby mnie usłyszała. Po chwili jednak wybiegła z kuchni jak poparzona i złączone dłonie przystawiła sobie do twarzy.
-Matko święta! Ty jesteś w ciąży?! - Od razu znieruchomiałam i otworzyłam szerzej oczy. Nigdy nawet mi przez myśl nie przeszło, że kiedyś mogę mieć z kimś dziecko, a tu teraz moja własna matka wyskakuje mi z takim tekstem.
-Co? - Powiedziałam odruchowo. Po chwili panującej ciszy postanowiłam to obrócić w żart. - Jejku, pewnie znowu przytyłam. - Zaczęłam przeglądać się w lustrze wiszącym na ścianie.
-Czyli nie jesteś w ciąży? - Próbowała się upewnić.
-Nie. - Odpowiedziałam momentalnie. - Nie rozumiem skąd ci to w ogóle przyszło do głowy. - Skierowałam się do mojego ulubionego pomieszczenia w tym domu, a mianowicie do kuchni. Zawsze gdy tu przyjeżdżałam to czekało na mnie coś dobrego.
-No wiesz, tyle ostatnio się mówi o tobie i o... - Domyślałam się jak to się skończy, dlatego nie pozwoliłam jej skończyć.
-Nie kończ. Powiedziałam ci raz co o nim sądzę i nie wracajmy do tego. Ten osobnik nie popsuje mi dzisiejszego dnia. Już wystarczająco dobrze zrobił to Anze. - Usiadłam przy kuchennym stole, co też uczyniła moja mama. Spojrzałam się na moje palce u rąk a następnie przeniosłam wzrok na moją towarzyszkę. - Właściwie to przyszłam o nim porozmawiać. O co wam poszło? - Zadałam pytanie, które siedziało w mojej głowie już od jakiś trzech dni.
-Nie rozumiem o czym mówisz. - Tylko tyle? Nie wysilałabym się, żeby przyjeżdżać tu tylko po to, aby otrzymać taką odpowiedź. Muszę dowiedzieć się wszystkiego.
-To może prosto z mostu. Co on takiego zrobił, że go wyrzuciliście z domu? - Popatrzyłam w oczy mojej mamy i zauważyłam niepokój malujący się na jej twarzy.
-Nikt go przecież nie wyrzucał. - Zmarszczyłam czoło. Nie mogłam w to uwierzyć. Czy on na prawdę posunąłby się do takiego kroku, aby mnie oszukać? Tylko dlaczego?
-Jak to?
-Powiedział, że zaproponowałaś mu wspólne mieszkanie, a on przystał na tą propozycję, bo stwierdził, że musi ci być smutno tak mieszkać samej. - Słuchałam wszystkiego dokładnie i analizowałam sens. Po chwili jednak do mnie dotarło, jak bardzo mój brat ma u mnie przechlapane. Nie chciałabym być w jego skórze, gdy go spotkam. - Uważam, że to był dobry pomysł z twojej strony. Masz duże mieszkanie, sprzątania pewnie też dużo. Przyda ci się ktoś do pomocy w ogarnięciu tego.
-Mamo. Błagam. - Powiedziałam z wyczuwalną kpiną. W głowie mi się nie mieściło to wszystko. - On i sprzątanie? Na prawdę w to wierzysz? Ja mu nie proponowałam, żeby się do mnie wprowadzał. Wmówił mi, że go z domu wyrzuciliście. Odkąd u mnie jest to nic nie robi tylko ciągle siedzi przed telewizorem albo gra na Playstation. - Widząc minę mojej mamy postanowiłam już nie wspominać o bałaganie, który pozostawia po sobie.
-Eh, w takim razie powiedz mu, że ma wracać do domu. Już my z ojcem sobie z nim porozmawiamy. - Po usłyszeniu tych słów zrobiło mi się trochę szkoda mojego brata, zważywszy na fakt, że dobrze wiem jak wygląda taka "rozmowa" z naszymi rodzicami. Sama kiedyś nie byłam najgrzeczniejsza i często bywałam jej uczestnikiem.
-To na prawdę nie będzie konieczne. Jak tylko wrócę do domu to wszystko sobie z nim wyjaśnię.  - Próbowałam jakoś załagodzić sytuację.
-No skoro tak mówisz. - Westchnęła, ale dało się wyczuć niepewność w jej głowie.

środa, 10 stycznia 2018

Rozdział XIV

Obudziło mnie gwałtowne hamowanie samochodu. Wystraszona szybko otworzyłam oczy żeby zobaczyć co się dzieje. Okazało się, że dojechaliśmy do domu tego idioty Prevca, który specjalnie zahamował w taki sposób, żebym zeszła na zawał. No po prostu świetnie. Prawie mu się to udało.
-I dlatego dzieciom nie powinno się dawać kluczyków. - Mruknęłam pod nosem. Mówiąc dzieciom, miałam na myśli osoby, które zachowują się tak jak ten osobnik po mojej lewej stronie.
-Uważasz, że czegoś mi brakuje? - Zapytał z wyczuwalnym oburzeniem.
-Mózgu, to przede wszystkim. - Chciał już coś dodać, ale mu przerwałam. - Możesz już wypakować swoje manatki i znikać.
-Jeszcze będziesz prosić, żebym został. - Wysiadł momentalnie z samochodu, pozostawiając mnie w osłupieniu. Po chwili jednak się ocknęłam i otworzyłam drzwi zwracając się do chłopaka.
-Wątpię! - Krzyknęłam na co tylko wysłał w moją stronę buziaka.
Szybko przesiadłam się na siedzenie kierowcy i odjechałam najszybciej jak się tylko dało. Swoją drogą coś szybko jesteśmy na miejscu. Podjechałam pod dom rodziców, gdzie mieszkał Anze. Teraz czekało mnie najtrudniejsze zadanie, żeby go obudzić.
-Ej! Anze! Wstawaj! W domu już jesteś! Anze! - Potrząsnęłam nim, na co mruknął jedynie coś pod nosem i poszedł dalej spać.
Postanowiłam użyć mojej tajnej broni, którą była butelka zimnej wody, którą wylałam na twarz chłopaka. Od razu się obudził z wkurzoną miną.
-Co jest?! - Wrzasnął.
-Wysiadaj. Jesteśmy na miejscu. - Posłusznie wykonał moje polecenie z obawy przed kolejną dawką wody.
-Nie możesz być dla mnie milsza? - Zapytał jakby z wyrzutem na co westchnęłam.
-Mój kochany braciszku nie chce ci się przypadkiem pić? Chce? Proszę bardzo. - Powiedziałam zatroskana, po czym wylałam na jego twarz resztę wody. - Nie musisz dziękować. - Odparłam przesłodko.
-Wredota! - Na to określenie posłałam tylko w jego stronę buziaka.
-Też cię kocham.
(kilka godzin później)
Obudziłam się gdy dochodziło południe. Musiałam odespać podróż. Niby spałam w samochodzie, ale jednak to nie to samo. Zeszłam na dół w celu zrobienia śniadania, ale oprzytomniałam, że moja lodówka świeci pustkami, więc muszę iść najpierw na zakupy. Wiem, że w moim stanie nie powinnam zbytnio wychodzić na dwór, ale można powiedzieć, że to sprawa życia i śmierci, poza tym nic mi się przecież takiego nie stanie, w końcu to tylko pięć minut drogi.
Nim się obejrzałam a stałam już przy kasie. Zapłaciwszy odpowiednią sumę pieniędzy miałam już wychodzić, gdy w oddali dostrzegłam Andreasa. Momentalnie założyłam kaptur, aby mnie nie rozpoznał i niemal wybiegłam z supermarketu. Miałam nadzieję, że już nigdy go nie spotkam, a tymczasem spotykam go nieopodal mojego domu. No po prostu świetnie. Na sam jego widok aż mnie krew zalewa. Mam nadzieję, że jest tu tylko przejazdem, bo jakby miał mieszkać w tym samym mieście co ja to moje nerwy by tego nie wytrzymały.
Zbliżając się do drzwi mojego domu, wyjęłam klucze z kieszeni. Ilekroć próbowałam je przekręcić, nie wychodziło mi. Jak się okazało były otwarte. Mogłabym przysiąc, że je zamykałam. Wystraszyłam się nie na żarty. W dodatku przypomniało mi się kogo spotkałam na zakupach. Czy to możliwe, że wie gdzie mieszkam i postanowił włamać mi się do domu?
Weszłam pomalutku do środka i stawiając małe kroczki przemierzałam kolejne metry. Nagle z kuchni wyszedł Anze. Tak mnie wystraszył, że wydałam z siebie pisk i wypuściłam na ziemię torby z zakupami. Chłopak tylko patrzył na mnie jak na wariatkę.
-Co ty tu do cholery robisz? - Powiedziałam z niemałym zdziwieniem i niezadowoleniem.
-Kto ci pozwolił w takim stanie opuszczać mieszkanie? - Wyglądał na zatroskanego, ale czułam, że coś się za tym kryje.
-Ja tu zadaję pytania. - Uniósł ręce w geście samoobrony. - Jak tu wszedłeś? - Położyłam ręce na biodrach.
-Jestem mężczyzną i otworzenie drzwi to nie problem. - Wzruszył ramionami i udał się do salonu, w którym włączony był telewizor, a on sam rozwalił się na mojej kanapie jakby był u siebie.
-Może jeszcze poduszkę ci przynieść, żeby było ci wygodniej? - Zapytałam z irytacją.
-Jakbyś mogła. - Najwyraźniej wziął na serio moje pytanie, ale przepraszam bardzo, nie mam najmniejszego zamiaru usługiwać mu w moim własnym domu.
-Chyba cię głowa boli. Rządzisz się jakbyś był u siebie w domu.
-Od dzisiaj tu mieszkam. - Odparł ze stoickim spokojem, na co o mały włos się nie zakrztusiłam.
-Że co proszę?! - Wrzasnęłam.
-To co słyszysz. Rodzice mnie z domu wyrzucili, a nie będę przecież spał pod mostem. A na hotel to ja nie będę kasy wydawał. Mam ważniejsze wydatki. No chyba, że mnie nie przyjmiesz, bo ukrywasz tu jakiegoś chłopaka. - Cóż, najchętniej bym go wyrzuciła za drzwi, ale skoro go rodzice wyrzucili z domu to nie mam wyjścia i muszę go przyjąć pod  swój dach. Nie chcę, żeby go później opisali w gazetach, w końcu nosi to samo nazwisko co ja i ludzie mogliby połączyć fakty.
-Daruj sobie. Żebym z kimś była to musiałabym go kochać, a nie wiem czy wiesz, ale po ostatnich wydarzeniach nie mam zamiaru się w nikim zakochiwać.
-Miłość sama przyjdzie w najmniej spodziewanym momencie. - Powiedział rozmarzony.
-No nie wierzę. - Usiadłam na kanapie ze zdziwienia. - Wszystkiego bym się spodziewała, ale nie tego, że będziesz rzucał jakimiś miłosnymi  cytatami. No coś podobnego. - Pokiwałam niedowierzająco głową.
-Oj tam, jak zwykle przesadzasz. Po prostu mówię co myślę. To jak mogę zostać? - Spojrzał na mnie maślanymi oczami. I jak ja mam mu odmówić... No po prostu się nie da...
-Oczywiście. - Pokiwałam twierdząco głową i się uśmiechnęłam, na co podziękował i zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku. - Poczekaj, poczekaj. - Ugasiłam na chwilę jego entuzjazm. - Obiecaj, że będziesz po sobie sprzątał, bo nie mam zamiaru robić za twoją sprzątaczkę. - Spojrzałam na niego poważną miną.
-Ja i bałagan? Czy ty siebie słyszysz? - Powiedział lekko oburzony. - Przecież ja od zawsze potrafię utrzymywać porządek.
-Hmm... Powiedziałeś, że potrafisz utrzymywać porządek, ale nie powiedziałeś, że utrzymujesz porządek...
-Przecież to jest to samo. - Próbował mnie przekonać.
-No właśnie, że nie. Ja widzę tu sporą różnicę, a ty już nie udawaj, bo dobrze wiem, że powiedziałeś tak, żeby potem móc się wymigiwać od sprzątania. - Niech sobie nie myśli, że tak łatwo mu odpuszczę.
-Ojej... Przesadzasz... No dobra, w takim razie obiecuję, że będę po sobie sprzątał. - Przybrał poważną minę, a po chwili wstał i udał się w stronę schodów.
-Gdzie idziesz? - Zapytałam momentalnie.
-Do swojego pokoju, a gdzie niby mam iść...
-O nie mój kochany. - Podeszłam do niego, na co popatrzył na mnie zaskoczony. - Ty. - Wskazałam na niego palcem. - Śpisz tam. - Tym razem pokazałam na pokój gościnny. Zwykle jak nocował u mnie to miał swoją własną sypialnię, ale po ostatniej akcji postanowiłam to zmienić.
-Co? Dlaczego niby?
-Czy ty  sobie zdajesz, że wbrew pozorom ściany w tym domu są cienkie i doskonale słychać jak chrapiesz? Czy ty chcesz, żebym ja oka nie mogła zmrużyć?
-Ja nie chrapię. Musiało ci się coś przesłyszeć. - Odparł niewzruszony kończąc temat. - Pójdę odpocząć.
-No dobrze, ale później musimy porozmawiać. - Musiałam w końcu wybadać o co poszło, że rodzice go wyrzucili z domu. Skoro posunęli się do takiego kroku to musiała do być grubsza sprawa i to mnie właśnie martwi.