wtorek, 27 marca 2018

Rozdział XVIII

-Możesz się tak na mnie nie gapić? - Od dłuższego czasu opatrywałam twarz Peterowi, żeby nie miał tak dużej opuchlizny a on bezkarnie patrzył na mnie, co bardzo mnie dekoncentrowało. Starałam się nie zwracać na to uwagi, ale w końcu nie wytrzymałam i po prostu musiałam mu coś powiedzieć.
-To gdzie mam niby patrzeć, skoro jedynym w miarę ciekawym obiektem w zasięgu mojego wzroku jesteś ty? - Fajnie, że mówi o mnie jak o rzeczy. Naprawdę miłe uczucie. Ugryzłam się w język, chyba po raz pierwszy w życiu, żeby uniknąć powiedzenia czegoś, czego mogę żałować, w końcu obiecałam Anze, że nie będę wchodzić w konflikty.
Prevc nie posłuchał mojej sugestii na temat tego, żeby przestał się na mnie patrzeć, więc jak zwykle musiałam wziąć sprawy w swoje ręce. Sięgnęłam do apteczki i wyciągnęłam bandaż, którym miałam zamiar zawiązać mu oczy, ale niestety mi w tym przeszkodził.
-Co ty wyprawiasz? - Wyrwał mi z ręki opatrunek i rzucił gdzieś za siebie. No tak, bo oczywiście później przylecą magiczne elfy i to posprzątają.
-A nie widzisz? Staram się, żeby zatrzeć ślady tej bezsensownej bójki, abyś nie miał przerąbane u trenera, ale ty najwyraźniej to lubisz, bo tylko mi wszystko utrudniasz i zaraz stracę cierpliwość, i wylecisz stąd na kopach! - Mówiłam coraz głośniej.
-Spokojnie, spokojnie. Myślałem, że to jest twoja zdenerwowana wersja, ale skoro mówisz, że może być jeszcze gorzej... - Zmroziłam go wzrokiem, na co od razu się przymknął i uniósł ręce w geście obrony. - Dobra,  dobra, już nic nie mówię. - Powiedzmy, że okażę swoją dobroć i dam mu tą ostatnią szansę.
-Jak w ogóle się tu znalazłeś? W sensie dopiero byłeś w klubie, a potem nagle... - Zaczęłam po dłuższej chwili ciszy.
-Jeżeli myślisz, że pozwoliłbym ci wracać samej po ciemku to jesteś w błędzie. - Wstał momentalnie z krzesła przez co wypadł mi lód z ręki. Czy ja dobrze słyszałam co on powiedział, a może z powodu zmęczenia mało co kontaktuję i wymyślam jakieś niestworzone brednie?
-Dobrze słyszę? - Powiedziałam bardziej do siebie, ale chłopak jednak to usłyszał i pokiwał twierdząco głową. Stał tak blisko mnie. Może dzieliło nas jakieś dziesięć centymetrów. Czułam doskonale jego równomierny oddech przez który przez moje ciało zaczęły przechodzić ciarki. Byłam od niego niższa, więc dopiero po chwili odważyłam się przenieść swój wzrok z jego ust na oczy, w których po prostu utonęłam. Już podczas naszego pierwszego spotkania przykuły moją uwagę, ale teraz wydawały się jeszcze piękniejsze.
-Za dużo niebezpieczeństw czeka na taką piękną kobietę. - Patrzył mi prosto w oczy i uśmiechał się przesłodko. Złapał moją prawą dłoń, przez co poczułam przyjemny dreszcz i powoli uniósł ją do góry. Musnął ją swoimi ustami nie spuszczając ze mnie wzroku. Stałam jak zaczarowana. Nie wiedziałam do końca co się ze mną dzieje. Normalnie bym wzięła do ręki coś, co bym znalazła pod ręką i walnęłabym go w łeb, ale teraz...
Czar prysł równo z dzwonkiem mojego telefonu. Odskoczyłam od chłopaka delikatnie przestraszona zaistniałą sytuacją. Spojrzałam na torebkę leżąca na stole, a potem znów na niego.
-Odbiorę. - Szepnęłam i podeszłam do torebki, w której zaczęłam szukać urządzenia. Długo mi to nie zajęło i już po chwili mogłam usłyszeć znajomy głos. - Cześć Gregor. - Spojrzałam na Petera, który słysząc moje słowa momentalnie zacisnął szczękę, co było bardzo dziwne. - Zaraz wrócę. - Szepnęłam i udałam się do sąsiedniego pomieszczenia.
-Mam nadzieję, że cię nie obudziłem. - Zaczął od razu.
-Nie wiem czy w ogóle będę w stanie dziś zasnąć. - Mruknęłam pod nosem.
-Jak to?
-Problemy z byłym. - Zakończyłam szybko. - Nie rozmawiajmy o tym. Lepiej powiedz co u ciebie? - Nasza pogawędka długo nie trwała, ale jak wróciłam już do kuchni to Petera nigdzie nie było. Może to i lepiej, dzisiejszy wieczór układał się dosyć dziwnie i nie wiadomo jakby się to wszystko mogło potoczyć. Nie mam w ogóle pojęcia dlaczego zaczęłam się tak głupio przy nim zachowywać. Normalnie jak nie ja. Pewnie to wszystko przez te jego durne tekściki na podryw, którymi poderwał większość dziewczyn, ale napewno na mnie już nie podziałają. O to mogę być spokojna.
-Coś się stało? - Z rozmyślania wyrwał mnie głos Anze, który nie wiem skąd się pojawił. Rozejrzał się przerażony po pomieszczeniu, w którym jeszcze nie zdążyłam posprzątać. Mam nadzieję, że nie pomyśli, że nie doceniam jego dzisiejszego wysiłku w ogarnięciu tego wszystkiego.
-Idiota Andreas pobił się z idiotą Prevcem. - Już słyszałam to głośne "co?", które by się zaraz wydostało z ust Anze. - Spokojnie, nikt nie zginął.
-Co tu robił Andreas?
-Przyszedł żebym mu wybaczyła. - Powiedziałam z kpiną i usiadłam przy stole. - Masz w ogóle pojęcie? Po tym wszystkim co mi zrobił pojawia się i prosi o wybaczenie. Do tej pory było go stać jedynie na przeprosiny w postaci smsa.
-Ale mu chyba nie wybaczyłaś? - Usiadł naprzeciwko mnie. Szczerze, to myślałam, że mój brat trochę lepiej mnie zna.
-Oszalałeś? Po tym wszystkim? Mowy nie ma! - Walnęłam ręką w stół na podkreślenie moich słów.
-Mądra siostra. - Pogłaskał mnie po głowie na co się uśmiechnęłam. - Czyli rozumiem, że Peterem się zajęłaś? - Skierował się w stronę lodówki. Mam już tego dość. Codzinnie to samo. Idę rano na zakupy, kupuję zapasy na kilka dni, a on wszystko zje i nawet dobrze nie wiem kiedy. Ja niedługo zbankrutuję!
-Przytyjesz. - Postanowiłam już nie robić awantury. Nie mam na to siły. - A co do Petera to trochę mu się oberwało, więc nie miałam wyjścia.
-Nie pozabijaliście się. Sukces. - Odwrócił się w moją stronę z ciastem w ręku.
-Nie było kiedy, bo zadzwonił Gregor, a ten nawet nie wiem kiedy poszedł. - Nie usłyszałam przez chwilę odpowiedzi, więc odwróciłam się w jego stronę. Miał minę jakbym mu coś zrobiła. Szybko podszedł do mnie, przez co się trochę wystraszyłam.
-Ty wcale o mnie nie myślisz. - Oho, wyczuwam pretensje. - Chcesz, żebym się w końcu dorobił? To nie zadawaj się z tym całym Gregorem. - Jego imię zaakcentował w tak zabawny sposób, że uśmiech ponownie pojawił się na jego twarzy.
-Dorobił. - Prychnęłam. - Dobre. Musimy jeszcze wyjaśnić kwestię twojego mieszkania u mnie. - Zrobiłam poważną minę dla zwiększenia powagi sytuacji.

niedziela, 11 marca 2018

Rozdział XVII

-Dawno się nie widzieliśmy. - Nie wiedziałam, czy mówi to tak po prostu, bo się stęsknił, czy może z kpiną. Jedno jest jednak pewnie. Jego obecność tu z pewnością nic dobrego nie zapowiada.
-Nie było takiej potrzeby. - Westchnęłam obojętnie i chciałam go wyminąć, jednak mi na to nie pozwolił, bo złapał mnie za nadgarstek.
-Ja tak nie uważam. - Patrzył mi prosto w oczy, przez co byłam jak w transie, bo wszystkie wspomnienia zaczęły wracać.
-Puść mnie. - Szepnęłam. Nie byłam w stanie wykonać żadnego gwałtownego ruchu.
-Porozmawiaj najpierw ze mną. - Rozluźnił delikatnie uścisk dłoni, dzięki czemu poczułam lekką ulgę i mogłam sobie pozwolić na zrobienie kroku w tył.
-Cały czas rozmawiamy. - Skrzyżowałam ręce i odwróciłam wzrok, aby nie patrzeć na niego. - Jak mnie tu w ogóle znalazłeś?
-Miłość nie zna granic. - Prychnęłam. - Nie śmiej się. Ja cię kocham. Zawsze cię kochałem i nadal będę. Nic tego nie zmieni. - Założył kosmyk moich włosów za ucho i delikatnie się pochylił nade mną w wiadomym celu. Oczywiście nie pozwoliłam mu na to. Na pewno nie po tym, co mi zrobił.
-Jak byłeś z tamtą to też mnie kochałeś? - W kącikach moich oczu zaczęły zbierać się łzy, które jednak szybko otarłam.
-Byłem pijany. Nie wiedziałem co robię. - Złapał mnie za rękę, ale szybko ją strząsnęłam.
-Czyli jakbym to ja zdradziła ciebie będąc pod wpływem alkoholu to byś mi wybaczył?
-To co innego. Ty jesteś kobietą. - W ten oto sposób ze smutnej zmieniłam się w zdenerwowaną osobę. Myślałam, że zaraz wybuchnę ze złości.
-A co to ma za znaczenie?! Jest dwudziesty pierwszy wiek! Kobiety powinny mieć takie same prawa jak mężczyźni! Poza tym powiedziałeś, że byłeś pijany i nie wiedziałeś co robisz! Gówno prawda! Zapomniałeś już jak wyjechałeś sobie z nią na Majorkę?! Podczas całego naszego związku nigdzie mnie nie zabrałeś. A może ona była twoją prawdziwą dziewczyną? - Nerwy wzięły nade mną górę i cała zaczęłam się trząść. Czułam jakby cały zły koszmar powrócił.
-Teraz albo nigdy. - Szepnął jakby do siebie, a następnie wziął głęboki wdech i spojrzał w moje oczy. - Posłuchaj. - Położył swoje dłonie na moich ramionach. - Przeżywałem wtedy trudny czas. Potrzebowałem jakiejś odskoczni od tych wszystkich problemów.
-Aha, czyli ja byłam dla ciebie tylko problemem. Fajnie wiedzieć.
-Nie mów tak. Ja cię kochałem, kocham i nadal będę kochał. Nic tego nie zmieni. Proszę cię, daj mi szansę, abym naprawił ten błąd. - Nie mogłam już dłużej wysłuchiwać jego wypowiedzi. Nie mogłam pozwolić, aby znów rozbudził we mnie uczucia, które kiedyś we mnie buzowały, a przez które tyle wycierpiałam. Nie mogłam.
-Muszę iść. - Wyminęłam go i chciałam iść w stronę domu, ale on nie odpuszczał i postanowił dotrzymywać mi kroku.
-Nie uciekaj. Dobrze wiem, że nadal coś do mnie czujesz. - Odwrócił mnie w swoją stronę. - Nie bój się tego przyznać. - Patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana. To nie był już ten sam Andreas, którego znałam. Zmienił się. Był taki pewny siebie. Miałam wrażenie, że ani trochę nie żałuje tego, jak mnie skrzywdził. Był najwyraźniej przekonany, że wróci tak po prostu, powie jakąś regułkę, której się wcześniej wyuczył, a ja wpadnę mu w ramiona. Może kiedyś bym tak zrobiła, ale na pewno nie teraz. Nie mam zamiaru ponownie wchodzić w relację z kimś, kto się tak zachowuje.
-Zostaw ją! - Usłyszałam znajomy głos, ale byłam w takim transie, że nie mogłam rozpoznać kto to. Jedyne co do mnie docierało to jakaś wymiana zdań dwóch osób. Ocknęłam się dopiero, gdy zdałam sobie sprawę, że to przecież Andreas i Peter. Zaczęłam się jedynie zastanawiać co ten drugi tu robi, przecież dopiero był z chłopakami w klubie. Moje rozmyślania zostały przerwane w momencie, gdy mój były uderzył Prevca, co rozpętało prawdziwą bójkę. Nie wiedziałam kompletnie jak ich rozdzielić. Bałam się podejść bliżej, żeby przypadkiem nie oberwać.
-STOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOP!!! - Popatrzyli na mnie jak na wariatkę, ale ważne, że podziałało i przestali się bić. - Uspokójcie się! Zachowujecie się jak dzieci! - Popatrzyłam na nich karcąco. - Andreas, myślę, że lepiej będzie jak już sobie pójdziesz.
-Całkowicie się z tobą zgadzam. - Zmierzył Prevca morderczym wzrokiem i udał się w znanym tylko sobie kierunku.
-Co on tu robił? - Zapytał Peter, a mnie na samą myśl o opowiadaniu wszystkiego było niedobrze.
-Eh, długa historia. Może kiedyś... - Popatrzyłam na drobne obrażenia na twarzy chłopaka i delikatnie się skrzywiłam, na co pokręcił tylko głową. - Muszę to opatrzyć. - Złapałam nieświadomie dłoń chłopaka. Poczułam momentalnie przyjemny dreszcz przechodzący przez moje ciało. Popatrzyłam na nasze splecione dłonie i stałam tak przez chwilę w bezruchu. Zdałam sobie sprawę jak to musiało głupio wyglądać z mojej strony. Zerknęłam na chłopaka, który uważnie mi się przypatrywał z lekko uchylonymi ustami jakby chciał coś powiedzieć. Nagle jak oparzona wyrwałam swoją dłoń i schowałam ją do kieszeni. - Po prostu chodź. - Dalsza droga minęła nam w ciszy. Żadne z nas się nie odzywało. W sumie mogłabym, ale co miałabym niby powiedzieć? Że cieszę się, że przegonił Andreasa? Albo, że fajnie, że znowu go spotykam w najmniej spodziewanym momencie? Przecież to niedorzeczne. Ja go nawet nie lubię. - Usiądź sobie. Zaraz powinnam znaleźć apteczkę.
-Naprawdę nie musisz. To nic poważnego.
-Aha. Nic poważnego. - Powiedziałam z sarkazmem. - A ciekawa ja jestem, co Goran powie na te sińce. - To nie tak, że się martwię o Petera, po prostu nie chcę, żeby miał przeze mnie kłopoty.
-Nic. A co ma powiedzieć? To nie jego sprawa. - Wzruszył ramionami, a ja podeszłam bliżej z apteczką w ręku. Normalnie czuję się jak jakaś pani doktor. - To jest konieczne? - Popatrzył niepewnie w moją stronę, a ja pokręciłam twierdząco głową. - Ale nie będzie bolało? - Zapytał siadając na krześle.
-Kurde, Peter, dorośnij w końcu.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Rozdział XVI

Stoję właśnie przed drzwiami do mojego domu. Zastanawiam się czy lepiej będzie jak zadzwonię dzwonkiem, czy po prostu wejdę. Mija może trzy minuty i sobie uświadamiam, że marnuję tylko mój cenny czas, w końcu to mój dom i dlaczego miałabym tak po prostu nie wejść do środka, tylko bawić się w jakieś głupie podchody.
Otwieram drzwi i co zastaję? Ślicznie lśniące podłogi, w którym można się przeglądać. Wszystkie rzeczy poukładane na swoim miejscu. Pozmywane naczynia. Zero walających się ubrań pod nogami. Jednym słowem wielki, nienaganny porządek. Szczerze powiedziawszy to nawet na zeszłoroczne święta nie dałam rady tak wszystkiego ogarnąć.
Przyglądałam się wszystkiemu z niemałym zaskoczeniem i szeroko otwartymi oczami. No, no muszę przyznać, że braciszek przeszedł samego siebie. Nie mogę jednak dać po sobie poznać, pod jak wielkim jestem wrażeniem, bo pomyśli, że owinął mnie sobie wokół palca, a na to nie mogę pozwolić. Co to, to nie.
-O, już wróciłaś. - Zbiegł ze schodów Anze. Miałam grać poważną i surową siostrę, ale jego widok w chustce założonej na głowie mnie totalnie rozbawił i nie byłam w stanie powstrzymać się od śmiechu. Skąd on w ogóle to wytrzasnął? Zauważyłam jak chłopak marszczy czoło i patrzy na mnie niezrozumiale. Ja tylko wskazuję palcem na swoją głowę, żeby zrozumiał o co mi chodzi. Niestety moje przypuszczenia o tym, że mój brat jest głupi się potwierdzają. - Sama się puknij w łeb. - Bucham jeszcze większym śmiechem niż poprzednio, co w sumie nie wiem czy jest normalne.
-Chustka pacanie. Chustka. - Uderzam go delikatnie w ramię, na co tylko łapie się w to miejsce z miną jakby go to zabolało. - Skąd do wytrzasnąłeś? - Zapytałam tym razem starając się być bardziej opanowana. Anze jedynie pokręcił głową i złapał mnie za rękę prowadząc prosto na kanapę w salonie.
-Zasiądź wygodnie ma kochana siostro i racz poświęcić odrobinę czasu na wysłuchanie swego wspaniałego, inteligentnego, bystrego, wielmożnego, najlepszego... - Coś mi podpowiadało, że będzie wyliczał w nieskończoność, więc postanowiłam mu przerwać.
-Do rzeczy. - Wywróciłam oczami i usłyszałam jedynie jak odchrząkuje.
-To jest chustka. - Zdjął z głowy wspomnianą rzecz i pomachał mi nią przed oczami. - Ale nie taka zwykła chustka. - Pokręcił mi przed oczami wskazującym palcem, a następnie pstryknął mnie w nos. - Przedstawiam państwu... - Podniósł odrobinę ton głosu jakby wygłaszał jakąś ważną przemowę.
-Państwu? - Zmierzył mnie jedynie wzrokiem, w którym dało się ujrzeć pretensję wywołaną w wyniku przerwania jakże ważnej dla niego chwili. Postanowił najwyraźniej olać moje pytanie i kontynuować swoją mowę.
-Przedstawiam państwu wielofunkcyjną chustkę, która ma trzy ważne zalety. Po pierwsze jest bardzo poręczna i można ją przechowywać gdziekolwiek się chce, dlatego można ją mieć zawsze przy sobie. - Dosłownie czułam się jakbym oglądała jakiś program z telezakupami w telewizji.
-W szczególności jak skaczesz na skoczni. - Mruknęłam pod nosem.
-Proszę o ciszę. - Uniosłam ręce w geście obrony, aby dać mu do zrozumienia, że może kontynuować. - Dziękuję. A więc, jak już mówiłem... Chustka ta jest wielofunkcyjna. Można ją na przykład owinąć wokół szyi, gdy boli kogoś gardło. W ten sposób gwarantuje szybki powrót do zdrowia. Podczas sprzątania może posłużyć  jako ściereczka do kurzu. A dla najmłodszych jako... peleryna superbohatera! - Najwyraźniej postanowił mi to zaprezentować, ponieważ zawiązał ją sobie pod szyją udając, że ma prawdziwą pelerynę. Na dodatek wziął do ręki szczotkę, którą prawdopodobnie musiał zapomnieć schować i zaczął udawać, że na niej lata niczym czarownica. Boże! Czy to naprawdę mój brat! On już dawno powinien wylądować w psychiatryku! Jakim cudem to się jeszcze nie wydarzyło?!
(kilka godzin później)
Przyglądam się właśnie jak mój brat tańczy na parkiecie w miejscowym klubie. Nie wiem czy to z powodu alkoholu tak plączą mu się nogi, czy może on naprawdę tak tańczy. No cóż, w sumie to najważniejsze, że się dobrze bawi, w przeciwieństwie do mnie. Muszę siedzieć i wysłuchiwać jakiś mało obchodzących mnie zwierzeń ze strony Semenica. Nie mam zielonego pojęcia po co mój brat mnie tu wyciągnął. Naopowiadał, że będzie bardzo fajnie, a w końcu jak się okazuje to jest nudno. Na dodatek ten bezmózgi Prevc siedzi naprzeciwko mnie i się ciągle gapi na mnie. Ja oczywiście jako wieczna męczennica muszę udawać, że tego nie widzę i zachowywać się normalnie. Najchętniej bym go walnęła w głowę moją torebką, ale mi nie wypada, w końcu wezwie ochronę i opiszą mnie we wszystkich gazetach.
-Ja chyba będę już szła. Jestem zmęczona. - Mówię do brata, kiedy w końcu podchodzi do naszego stolika. - Z resztą wy też nie powinniście szaleć. Jutro przecież jedziecie na kolejne zawody. - Zwróciłam się do wszystkich skoczków znajdujących się wokół mnie.
-To dopiero jutro. Teraz liczy się tu i teraz. Odprowadzę cię. - Muszę przyznać, że mój brat jest bardzo opiekuńczy, oczywiście  tylko wtedy jak mu coś strzeli do głowy.
-Nie musisz. Znam drogę doskonale. Mieszkam w tym mieście od ponad dwudziestu lat. - Uniósł delikatnie rękę chcąc coś powiedzieć, ale widząc moją minę doskonale wiedział, że dyskutowanie ze mną nie ma najmniejszego sensu.
Pożegnałam się z chłopakami i wyszłam na zewnątrz. Muszę przyznać, że jest dosyć zimno i ciemno, ale co się będę przejmować. Do domu mam tylko jakieś pięć minut drogi.
Powoli szłam w stronę mojego mieszkania, co chwilę odwracając się z myślą, że ktoś mnie śledzi. Jednak za każdym razem, gdy się rozglądałam, nie byłam w stanie nikogo ujrzeć. Żywej duszy nie widać na ulicy. Samochody nagle jakby też przestały jeździć. Muszę przyznać, że odrobinę się wystraszyłam. Postanowiłam być jednak silna i iść dalej.
Będąc już blisko domu ujrzałam  sylwetkę mężczyzny. Była mi dosyć znajoma. Gdy się zbliżyłam już byłam pewna z kim mam do czynienia. Przełknęłam jedynie głośno ślinę i postanowiłam stawić mu czoło.
Szczerze to ten rozdział pisało mi się baaaaardzo szybko, bo w godzinę dałam radę napisać, a zazwyczaj rozbijam to na kilka dni. W prawdzie słowa i fabuła nasuwały mi się same w trakcie pisania i nie musiałam się zbytnio zastanawiać o czym pisać, ale prawdę mówiąc to jakoś nie za bardzo podoba mi się ten rozdział. Mam wrażenie, że czegoś w nim brakuje...

piątek, 19 stycznia 2018

Rozdział XV

-Anze! - Krzyknęłam głośno, aby chłopak mógł mnie doskonale usłyszeć. Mieszkał u mnie od trzech dni a ja już go miałam dosyć. Gdyby nie świadomość, że lada dzień sobie wyjedzie na kolejne zawody i będę miała spokój to już dawno bym go stąd wyrzuciła.
-Co? - Zapytał zirytowany. No tak, bo przecież wylegiwanie się na kanapie i oglądanie telewizji jest ważniejsze niż posłuchanie przez chwilę swojej dobrodusznej siostry, która pozwala mu korzystać ze wszystkich wygód w tym domu.
-Widziałeś gdzieś moje kluczyki od samochodu? W tym bałaganie nie mogę ich znaleźć. - Oczywiście cały ten nieład panujący w domu to wina Anze. Rozrzuca wszystkie swoje rzeczy po całym mieszkaniu i nic nie odkłada na miejsce. Już nie wspomnę o niepozmywanych naczyniach i jedzeniu, które ciągle wyżera z mojej lodówki. Hmm... a gdyby tak podkablować trenerowi?
-Tutaj są. - Wyciągnął je z kieszeni i rzucił w moją stronę. Gdyby nie mój dobry refleks to pewnie bym nimi oberwała prosto w twarz. Przecież on mógł mi coś zrobić. I to ma być brat? - Zapomniałem odwiesić na miejsce. - Odparł widząc moją minę.
-Chcesz mnie zabić? A tak poza tym to kto ci pozwolił je ruszać? Nie nauczono cię, że cudzych rzeczy się nie bierze?
-Oj tam, oj tam. Przesadzasz. Pojeździłem sobie trochę po mieście i odstawiłem ci samochód na miejsce. Nic się takiego nie stało. - Mówił tak, jakbym była jakąś histeryczką.
-Zaraz mnie szlag na miejscu trafi. - Powiedziałam bardziej do siebie. - Wychodzę, a jak wrócę to ma być tu wysprzątane na błysk, bo jak nie to wylecisz z tego domu na kopach!!! - Trzasnęłam na odchodne drzwiami i pojechałam do mojego rodzinnego domu, przy okazji pewnie łamiąc dużo przepisów drogowych.
Od razu po zaparkowaniu samochodu mogłam ujrzeć moją mamę stojącą w oknie i przypatrującą się, kto raczył ją odwiedzić. Uśmiechnęłam się w jej stronę i uniosłam dłoń w celu pomachania. Nie czekając dłużej skierowałam się w stronę drzwi wejściowych, wcześniej otrzepując buty ze śniegu. Kiedy znalazłam się już w środku, moja rodzicielka od razu rzuciła mi się na szyję obdarowując mnie całusami.
-Dobrze, że przyjechałaś. - Trochę zaniepokoiły mnie jej słowa, dlatego postanowiłam upewnić się, czy oby na pewno wszystko w porządku.
-Stało się coś? - Próbowałam się czegoś dowiedzieć.
-Nie, po prostu cieszę się, że przyjechałaś. Dawno się nie widziałyśmy. - Wywróciłam oczami na te słowa. Tydzień to w końcu nie jest tak dużo. Prawda? - No nie rób tych swoich min tylko rozbieraj się. Nie będziemy przecież rozmawiać w przedpokoju. - Moja mama udała się do kuchni, a ja zaczęłam pomału zdejmować kurtkę.
-Tak właściwie to przyjechałam, bo musimy poważnie porozmawiać. - Powiedziałam nieco głośniej, aby mnie usłyszała. Po chwili jednak wybiegła z kuchni jak poparzona i złączone dłonie przystawiła sobie do twarzy.
-Matko święta! Ty jesteś w ciąży?! - Od razu znieruchomiałam i otworzyłam szerzej oczy. Nigdy nawet mi przez myśl nie przeszło, że kiedyś mogę mieć z kimś dziecko, a tu teraz moja własna matka wyskakuje mi z takim tekstem.
-Co? - Powiedziałam odruchowo. Po chwili panującej ciszy postanowiłam to obrócić w żart. - Jejku, pewnie znowu przytyłam. - Zaczęłam przeglądać się w lustrze wiszącym na ścianie.
-Czyli nie jesteś w ciąży? - Próbowała się upewnić.
-Nie. - Odpowiedziałam momentalnie. - Nie rozumiem skąd ci to w ogóle przyszło do głowy. - Skierowałam się do mojego ulubionego pomieszczenia w tym domu, a mianowicie do kuchni. Zawsze gdy tu przyjeżdżałam to czekało na mnie coś dobrego.
-No wiesz, tyle ostatnio się mówi o tobie i o... - Domyślałam się jak to się skończy, dlatego nie pozwoliłam jej skończyć.
-Nie kończ. Powiedziałam ci raz co o nim sądzę i nie wracajmy do tego. Ten osobnik nie popsuje mi dzisiejszego dnia. Już wystarczająco dobrze zrobił to Anze. - Usiadłam przy kuchennym stole, co też uczyniła moja mama. Spojrzałam się na moje palce u rąk a następnie przeniosłam wzrok na moją towarzyszkę. - Właściwie to przyszłam o nim porozmawiać. O co wam poszło? - Zadałam pytanie, które siedziało w mojej głowie już od jakiś trzech dni.
-Nie rozumiem o czym mówisz. - Tylko tyle? Nie wysilałabym się, żeby przyjeżdżać tu tylko po to, aby otrzymać taką odpowiedź. Muszę dowiedzieć się wszystkiego.
-To może prosto z mostu. Co on takiego zrobił, że go wyrzuciliście z domu? - Popatrzyłam w oczy mojej mamy i zauważyłam niepokój malujący się na jej twarzy.
-Nikt go przecież nie wyrzucał. - Zmarszczyłam czoło. Nie mogłam w to uwierzyć. Czy on na prawdę posunąłby się do takiego kroku, aby mnie oszukać? Tylko dlaczego?
-Jak to?
-Powiedział, że zaproponowałaś mu wspólne mieszkanie, a on przystał na tą propozycję, bo stwierdził, że musi ci być smutno tak mieszkać samej. - Słuchałam wszystkiego dokładnie i analizowałam sens. Po chwili jednak do mnie dotarło, jak bardzo mój brat ma u mnie przechlapane. Nie chciałabym być w jego skórze, gdy go spotkam. - Uważam, że to był dobry pomysł z twojej strony. Masz duże mieszkanie, sprzątania pewnie też dużo. Przyda ci się ktoś do pomocy w ogarnięciu tego.
-Mamo. Błagam. - Powiedziałam z wyczuwalną kpiną. W głowie mi się nie mieściło to wszystko. - On i sprzątanie? Na prawdę w to wierzysz? Ja mu nie proponowałam, żeby się do mnie wprowadzał. Wmówił mi, że go z domu wyrzuciliście. Odkąd u mnie jest to nic nie robi tylko ciągle siedzi przed telewizorem albo gra na Playstation. - Widząc minę mojej mamy postanowiłam już nie wspominać o bałaganie, który pozostawia po sobie.
-Eh, w takim razie powiedz mu, że ma wracać do domu. Już my z ojcem sobie z nim porozmawiamy. - Po usłyszeniu tych słów zrobiło mi się trochę szkoda mojego brata, zważywszy na fakt, że dobrze wiem jak wygląda taka "rozmowa" z naszymi rodzicami. Sama kiedyś nie byłam najgrzeczniejsza i często bywałam jej uczestnikiem.
-To na prawdę nie będzie konieczne. Jak tylko wrócę do domu to wszystko sobie z nim wyjaśnię.  - Próbowałam jakoś załagodzić sytuację.
-No skoro tak mówisz. - Westchnęła, ale dało się wyczuć niepewność w jej głowie.

środa, 10 stycznia 2018

Rozdział XIV

Obudziło mnie gwałtowne hamowanie samochodu. Wystraszona szybko otworzyłam oczy żeby zobaczyć co się dzieje. Okazało się, że dojechaliśmy do domu tego idioty Prevca, który specjalnie zahamował w taki sposób, żebym zeszła na zawał. No po prostu świetnie. Prawie mu się to udało.
-I dlatego dzieciom nie powinno się dawać kluczyków. - Mruknęłam pod nosem. Mówiąc dzieciom, miałam na myśli osoby, które zachowują się tak jak ten osobnik po mojej lewej stronie.
-Uważasz, że czegoś mi brakuje? - Zapytał z wyczuwalnym oburzeniem.
-Mózgu, to przede wszystkim. - Chciał już coś dodać, ale mu przerwałam. - Możesz już wypakować swoje manatki i znikać.
-Jeszcze będziesz prosić, żebym został. - Wysiadł momentalnie z samochodu, pozostawiając mnie w osłupieniu. Po chwili jednak się ocknęłam i otworzyłam drzwi zwracając się do chłopaka.
-Wątpię! - Krzyknęłam na co tylko wysłał w moją stronę buziaka.
Szybko przesiadłam się na siedzenie kierowcy i odjechałam najszybciej jak się tylko dało. Swoją drogą coś szybko jesteśmy na miejscu. Podjechałam pod dom rodziców, gdzie mieszkał Anze. Teraz czekało mnie najtrudniejsze zadanie, żeby go obudzić.
-Ej! Anze! Wstawaj! W domu już jesteś! Anze! - Potrząsnęłam nim, na co mruknął jedynie coś pod nosem i poszedł dalej spać.
Postanowiłam użyć mojej tajnej broni, którą była butelka zimnej wody, którą wylałam na twarz chłopaka. Od razu się obudził z wkurzoną miną.
-Co jest?! - Wrzasnął.
-Wysiadaj. Jesteśmy na miejscu. - Posłusznie wykonał moje polecenie z obawy przed kolejną dawką wody.
-Nie możesz być dla mnie milsza? - Zapytał jakby z wyrzutem na co westchnęłam.
-Mój kochany braciszku nie chce ci się przypadkiem pić? Chce? Proszę bardzo. - Powiedziałam zatroskana, po czym wylałam na jego twarz resztę wody. - Nie musisz dziękować. - Odparłam przesłodko.
-Wredota! - Na to określenie posłałam tylko w jego stronę buziaka.
-Też cię kocham.
(kilka godzin później)
Obudziłam się gdy dochodziło południe. Musiałam odespać podróż. Niby spałam w samochodzie, ale jednak to nie to samo. Zeszłam na dół w celu zrobienia śniadania, ale oprzytomniałam, że moja lodówka świeci pustkami, więc muszę iść najpierw na zakupy. Wiem, że w moim stanie nie powinnam zbytnio wychodzić na dwór, ale można powiedzieć, że to sprawa życia i śmierci, poza tym nic mi się przecież takiego nie stanie, w końcu to tylko pięć minut drogi.
Nim się obejrzałam a stałam już przy kasie. Zapłaciwszy odpowiednią sumę pieniędzy miałam już wychodzić, gdy w oddali dostrzegłam Andreasa. Momentalnie założyłam kaptur, aby mnie nie rozpoznał i niemal wybiegłam z supermarketu. Miałam nadzieję, że już nigdy go nie spotkam, a tymczasem spotykam go nieopodal mojego domu. No po prostu świetnie. Na sam jego widok aż mnie krew zalewa. Mam nadzieję, że jest tu tylko przejazdem, bo jakby miał mieszkać w tym samym mieście co ja to moje nerwy by tego nie wytrzymały.
Zbliżając się do drzwi mojego domu, wyjęłam klucze z kieszeni. Ilekroć próbowałam je przekręcić, nie wychodziło mi. Jak się okazało były otwarte. Mogłabym przysiąc, że je zamykałam. Wystraszyłam się nie na żarty. W dodatku przypomniało mi się kogo spotkałam na zakupach. Czy to możliwe, że wie gdzie mieszkam i postanowił włamać mi się do domu?
Weszłam pomalutku do środka i stawiając małe kroczki przemierzałam kolejne metry. Nagle z kuchni wyszedł Anze. Tak mnie wystraszył, że wydałam z siebie pisk i wypuściłam na ziemię torby z zakupami. Chłopak tylko patrzył na mnie jak na wariatkę.
-Co ty tu do cholery robisz? - Powiedziałam z niemałym zdziwieniem i niezadowoleniem.
-Kto ci pozwolił w takim stanie opuszczać mieszkanie? - Wyglądał na zatroskanego, ale czułam, że coś się za tym kryje.
-Ja tu zadaję pytania. - Uniósł ręce w geście samoobrony. - Jak tu wszedłeś? - Położyłam ręce na biodrach.
-Jestem mężczyzną i otworzenie drzwi to nie problem. - Wzruszył ramionami i udał się do salonu, w którym włączony był telewizor, a on sam rozwalił się na mojej kanapie jakby był u siebie.
-Może jeszcze poduszkę ci przynieść, żeby było ci wygodniej? - Zapytałam z irytacją.
-Jakbyś mogła. - Najwyraźniej wziął na serio moje pytanie, ale przepraszam bardzo, nie mam najmniejszego zamiaru usługiwać mu w moim własnym domu.
-Chyba cię głowa boli. Rządzisz się jakbyś był u siebie w domu.
-Od dzisiaj tu mieszkam. - Odparł ze stoickim spokojem, na co o mały włos się nie zakrztusiłam.
-Że co proszę?! - Wrzasnęłam.
-To co słyszysz. Rodzice mnie z domu wyrzucili, a nie będę przecież spał pod mostem. A na hotel to ja nie będę kasy wydawał. Mam ważniejsze wydatki. No chyba, że mnie nie przyjmiesz, bo ukrywasz tu jakiegoś chłopaka. - Cóż, najchętniej bym go wyrzuciła za drzwi, ale skoro go rodzice wyrzucili z domu to nie mam wyjścia i muszę go przyjąć pod  swój dach. Nie chcę, żeby go później opisali w gazetach, w końcu nosi to samo nazwisko co ja i ludzie mogliby połączyć fakty.
-Daruj sobie. Żebym z kimś była to musiałabym go kochać, a nie wiem czy wiesz, ale po ostatnich wydarzeniach nie mam zamiaru się w nikim zakochiwać.
-Miłość sama przyjdzie w najmniej spodziewanym momencie. - Powiedział rozmarzony.
-No nie wierzę. - Usiadłam na kanapie ze zdziwienia. - Wszystkiego bym się spodziewała, ale nie tego, że będziesz rzucał jakimiś miłosnymi  cytatami. No coś podobnego. - Pokiwałam niedowierzająco głową.
-Oj tam, jak zwykle przesadzasz. Po prostu mówię co myślę. To jak mogę zostać? - Spojrzał na mnie maślanymi oczami. I jak ja mam mu odmówić... No po prostu się nie da...
-Oczywiście. - Pokiwałam twierdząco głową i się uśmiechnęłam, na co podziękował i zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku. - Poczekaj, poczekaj. - Ugasiłam na chwilę jego entuzjazm. - Obiecaj, że będziesz po sobie sprzątał, bo nie mam zamiaru robić za twoją sprzątaczkę. - Spojrzałam na niego poważną miną.
-Ja i bałagan? Czy ty siebie słyszysz? - Powiedział lekko oburzony. - Przecież ja od zawsze potrafię utrzymywać porządek.
-Hmm... Powiedziałeś, że potrafisz utrzymywać porządek, ale nie powiedziałeś, że utrzymujesz porządek...
-Przecież to jest to samo. - Próbował mnie przekonać.
-No właśnie, że nie. Ja widzę tu sporą różnicę, a ty już nie udawaj, bo dobrze wiem, że powiedziałeś tak, żeby potem móc się wymigiwać od sprzątania. - Niech sobie nie myśli, że tak łatwo mu odpuszczę.
-Ojej... Przesadzasz... No dobra, w takim razie obiecuję, że będę po sobie sprzątał. - Przybrał poważną minę, a po chwili wstał i udał się w stronę schodów.
-Gdzie idziesz? - Zapytałam momentalnie.
-Do swojego pokoju, a gdzie niby mam iść...
-O nie mój kochany. - Podeszłam do niego, na co popatrzył na mnie zaskoczony. - Ty. - Wskazałam na niego palcem. - Śpisz tam. - Tym razem pokazałam na pokój gościnny. Zwykle jak nocował u mnie to miał swoją własną sypialnię, ale po ostatniej akcji postanowiłam to zmienić.
-Co? Dlaczego niby?
-Czy ty  sobie zdajesz, że wbrew pozorom ściany w tym domu są cienkie i doskonale słychać jak chrapiesz? Czy ty chcesz, żebym ja oka nie mogła zmrużyć?
-Ja nie chrapię. Musiało ci się coś przesłyszeć. - Odparł niewzruszony kończąc temat. - Pójdę odpocząć.
-No dobrze, ale później musimy porozmawiać. - Musiałam w końcu wybadać o co poszło, że rodzice go wyrzucili z domu. Skoro posunęli się do takiego kroku to musiała do być grubsza sprawa i to mnie właśnie martwi.

Rozdział XIII

Cały dzień przesiedziałam w hotelu strasznie się nudząc. Najchętniej już bym pojechała do domu, ale Anze użył swojego uroku i mnie przekonał, żebym na niego poczekała. Swoją drogą to go nie rozumiem. Nigdy przecież nie lubił podróżować samochodem, a tu proszę... taka niespodzianka.
Sprawdziłam jeszcze, czy na pewno spakowałam wszystkie rzeczy i postanowiłam obejrzeć w telewizji dzisiejsze zawody. Oczywiście najchętniej bym poszła teraz na skocznię, ale mój troskliwy braciszek mi tego zabronił. Poza tym nie najlepiej się jeszcze czuję, a co gorsza mam wrażenie, że powraca mi gorączka.
Anze nie spisał się zbyt dobrze w dzisiejszym konkursie, bowiem nie zakwalifikował się do drugiej serii. Pomimo tego uśmiech towarzyszył mu na twarzy. Podziwiam go za to. Na prawdę. Mało kto tak potrafi.
Ostatecznie jednak nie dałam rady obejrzeć całych zawodów, ponieważ usnęłam przed telewizorem w czasie trwania przerwy między seriami. No po prostu świetnie. Zawsze tak mam, że jak jest wieczór i oglądam coś interesującego to nagle robię się senna i zmęczona a powieki mi same opadają na dół, po czym stwierdzam, że jak zamknę na chwilkę oczy to nie usnę, bo w końcu panuję nad sytuacją, a koniec końców budzę się w środku nocy, gdy w telewizji akurat leci jakiś horror lub coś tego typu... No po prostu można na zawał zejść... Ale nie tym razem. Nie obudziłam się w środku nocy przed telewizorem, lecz późnym wieczorem otworzywszy oczy ujrzałam twarz Anze tuż nade mną. Tak się wystraszyłam, że spadłam z łóżka, i to dosłownie, na co ten idiota zaczął się śmiać.
-Nosz kurde, nie strasz mnie więcej! - Po tych słowach buchnął jeszcze większym śmiechem, na co jedynie zmroziłam go wzrokiem.
-Widzę, że znowu w swoim żywiole. - Wstałam z podłogi i zaczęłam szukać mojego telefonu, aby sprawdzić, która godzina. - Nie gniewaj się na mnie. - Powiedział skruszonym głosem, co do niego niepodobne. - Chciałem cię tylko obudzić, abyśmy mogli już jechać do domu. - Próbował się wytłumaczyć. Coś mi się wydaje, że coś kombinuje, ale nie mam jeszcze pojęcia co.
-Dobra, dobra nic nie było. Upewnię się jeszcze, czy na pewno wszystko wzięłam i możemy jechać. - Odwróciłam się idąc w stronę szafy, ale zatrzymał mnie głos Anze.
-Miałbym jeszcze do ciebie małą prośbę. - Stanęłam w miejscu i po chwili zastanowienia zwróciłam się w jego stronę.
-Jaką? - Rzuciłam od niechcenia.
-Mógłby się z nami zabrać jeszcze mój kolega? - Zapytał nieśmiało.
-I tak jedziemy, i tak, więc nie ma problemu, może jechać. - Powiedziałam od razu i ruszyłam po moją torbę. Nagle się jednak zatrzymałam, bo sobie coś uświadomiłam. - Czekaj, czekaj. Jaki kolega? Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że...?
-Peter? - Kiwnęłam głową. - Skąd wiedziałaś? - W tej chwili miałam ochotę zabrać swoje rzeczy i ruszyć w drogę sama, bez jakichkolwiek towarzyszy.
-Czyś ty oszalał? To ja przez niego mało co się nie utopiłam, rozchorowałam się i mam zszargane nerwy, a ty teraz chcesz, żebym męczyła się z nim w jednym samochodzie przez dobre kilka godzin? Ty chcesz, żebym wylądowała w psychiatryku?!
-Ja was nie rozumiem. Ty, jak tylko usłyszysz jego imię to dostajesz szału i jesteś wściekła jak osa, że normalnie strach się do ciebie odezwać. On natomiast się tylko głupkowato uśmiecha. O co wam tak konkretnie poszło? I nie wykręcaj się jakimiś durnymi wymówkami tylko mów prawdę, bo może nie widzisz, ale od jakiegoś czasu martwię się o ciebie i próbuję zrozumieć, no ale nie idzie... - Nic nie odpowiedziałam tylko przymknęłam powieki i próbowałam się zastanowić nad odpowiedzią na pytanie, ale nie było to proste, bo szczerze mówiąc to sama nie pamiętałam do końca o co poszło.
-Niech ci będzie. Może jechać, ale powiedz mu, że ma się do mnie nie odzywać ani słowem. - Wzięłam swoje rzeczy i wyszłam z pokoju zostawiając Anze samego bez odpowiedzi na pytanie. Udałam się do samochodu i wrzuciłam do środka swój bagaż, a następnie usiadłam za kierownicą i czekałam na brata, który po chwili przyszedł i pokierował mnie pod jego hotel. Peter czekał przed nim ze wszystkimi bagażami. Mój towarzysz wyszedł z samochodu, aby mu pomóc. Po zapakowaniu wszystkich rzeczy Prevc usiadł obok mnie, a Anze z tyłu. Zdenerwowało mnie to, ale nie miałam najmniejszej ochoty wdrażać się z nim w jakieś dyskusje. Chciałam jedynie, żeby ta podróż jak najszybciej minęła.
Przez jakieś pół godziny drogi chłopcy rozmawiali między sobą. Ja jedynie jak była taka konieczność to mówiłam półsłówkami. Po pewnym czasie zapanowała cisza, a w lusterku zobaczyłam, że mój kochany braciszek usnął. Cóż, najwyraźniej spodobała mu się piosenka w radiu. Uśmiechnęłam się tylko pod nosem i kontynuowałam jazdę w skupieniu. Wszystko byłoby w porządku gdyby Peter się do mnie nie odzywał. Non stop próbował mnie zagadywać, na co zawsze odpowiadałam w sposób kończący temat, ale ten nie dawał za wygraną i próbował dalej.
-Co jesteś dzisiaj jakaś taka milcząca? Normalnie jak nie ty. - Zauważył. Najwyraźniej nie załapał, że ja celowo go zlewam, bo nie chcę z nim rozmawiać. Faceci... Jak nie powiesz wprost to się nie domyślą.
-Mam swoje powody. - Rzuciłam pierwszym lepszym tekstem jaki mi przyszedł do głowy.
-No ale mi chyba możesz powiedzieć... - Co on sobie myśli, że będę mu się zwierzać z nie wiadomo czego? Żałuję, że byłam taka uległa w prośbie Anze.
-Nie. - Może to trochę chamskie z mojej strony, ale na prawdę jestem wykończona i nie mam siły na jakąś głupią rozmowę a w szczególności z nim.
-No nie bądź taka. - Nie ustępował. W końcu stwierdziłam, że jak mu wprost nie wygarnę to nie zrozumie.
-Posłuchaj, zgodziłam się żebyś z nami jechał tylko i wyłącznie ze względu na to, że nie miałam siły na dyskusje z Anze. Nie mam czasu ani tym bardziej ochoty na jakieś durne kłótnie, więc lepiej będzie jak nie będziesz się do mnie odzywał. Dla własnego dobra. - Mam nadzieję, że po tych słowach zrozumie.
-Dlaczego od razu oceniasz naszą rozmowę na kłótnię? - Szczerze to mnie zaskoczył. Zawsze uważałam, że jemu o to właśnie chodzi, żeby mi dokuczyć.
-Zawsze tak jest. -Zerknęłam na niego na moment i wzruszyłam ramionami.
-Poprawka. Było. Wcale nie musi tak być. - Jakoś nie wydaje mi się, żeby mówił serio. W końcu normalna rozmowa w naszym przypadku jest raczej niemożliwa.
-Co ty znowu kombinujesz? - Zaczęłam się zastanawiać co temu świrowi siedzi w głowie.
-A co mam niby kombinować? - Zacisnęłam wargi i zrobiłam głęboki wdech uspokajający.
-Ja oszaleję. - Westchnęłam podłamanym głosem.
-Aż tak na mnie lecisz? - Wyszczerzył się. Na chwilę obecną miałam ochotę przywalić mu w ten pusty łeb, ale nie mogłam sobie na to pozwolić, bo kierowałam samochodem.
-Mam dla ciebie dobrą radę. - Uśmiechnęłam się w jego stronę słodko. - Zamknij się, weź przykład z Anze i idź spać. - Powiedziałam z wściekłą miną.
-No, skoro  mówisz, że mam brać przykład z Anze... Sama tego chciałaś. - Zaśmiał się. - Daleko jeszcze? Kiedy będziemy już na miejscu? Zimno mi. Nudzi mi się. Muszę do łazienki. Która godzina? Ile jeszcze? Głodny jestem. Kiedy w końcu... - Zjechałam na pobocze i wysiadłam z samochodu podchodząc do drzwi od strony Petera a następnie je otworzyłam. - Ej, ale ja żartowałem. - Uniósł ręce w geście obrony.
-Wysiadaj. Teraz ty poprowadzisz. Najwyraźniej potrzebujesz jakiegoś zajęcia żeby nie gadać. - W normalnych warunkach nie dałabym mu prowadzić, bo z reguły nikt nie może kierować moim kochanym autem, ale tym razem musiałam tak postąpić, bo nie najlepiej się czułam. - Jedna ryska a nie żyjesz. - Pogroziłam mu delikatnie palcem.
-Spokojnie. - Zajęłam miejsce pasażera i czekałam kiedy wreszcie ruszy. Oczywiście zanim to zrobił musiał wszystko wyregulować pod swoje wymagania. Idiota nawet radio mi przestawił na jakąś dziadową stację. No nie, a ja się tyle męczyłam, żeby wszystko było idealnie a przez mój samochód przeszła rewolucja i będę musiała wszystko od nowa ustawiać.
-Widzę, że czujesz się jak u siebie. - Powiedziałam z delikatnym sarkazmem.
-Żeby kierować muszę podporządkować wszystko pod mój gust. - Uśmiechnął się w moją stronę i w końcu przekręcił kluczyk w stacyjce.
-Taki kiepski z ciebie kierowca?
-Jeszcze się zdziwisz. - Ruszył gwałtownie z miejsca a mnie aż serce do gardła podeszło.
-Wiesz co? Wolę chyba nie patrzeć na to jak nas zabijasz. - Odwróciłam się w stronę śpiącego Anze i chwyciłam koc, który leżał obok niego. Okryłam się nim i postanowiłam się zdrzemnąć.
-Idziesz spać? - Rozłożyłam do tyłu swój fotel i bardziej nakryłam się kocem.
-Nie chcę wylądować w psychiatryku. - Mruknęłam pod nosem.
-Co się przejmujesz? W szpitalnej piżamie też będziesz wyglądać słodko. - Jak on mnie denerwuje.
-Nie odzywam się do ciebie. - Wykręciłam się tyłem w jego stronę.
-Ja cię serio nie rozumiem. Uważasz, że cały czas się kłócimy, więc żeby ci udowodnić, że tak nie jest mówię ci jakiś komplement to ty się obrażasz.

Rozdział XII

Wróciwszy do hotelu niemal od razu rzuciłam się na łóżko. Było mi tak strasznie zimno, że opatuliłam się szczelnie z każdej strony kołdrą. Nawet nie wiem, kiedy dokładnie usnęłam. Przez mgłę później jeszcze słyszałam dźwięk otwieranych drzwi do mojego pokoju, ale nie miałam nawet siły, żeby otworzyć oczy, w efekcie czego ponownie zasnęłam.
Nazajutrz obudziwszy się zobaczyłam siedzącego na moim łóżku obok mnie Anze. Patrzył na mnie z troską, co było takie słodkie. Uśmiechnęłam się do niego, po czym uniosłam się lekko na łokciach.
-Jak się czujesz? - Przyłożył mi na chwilę dłoń do czoła.
-Dużo lepiej, chociaż nadal boli mnie trochę gardło i mam lekki katar. - Powiedziałam zgodnie z prawdą. - Która godzina? - Zapytałam ziewając przy okazji.
-Dziesiąta. - Zamurowało mnie, bo spałam strasznie długo. Praktycznie odkąd wróciłam ze skoczni. - Przyniosłem ci herbatę z miodem i cytryną. Pomyślałem, że dobrze ci zrobi. - Podał mi kubek do ręki.
-Dzięki. Przepraszam za wczoraj. Miałeś rację, że powinnam wracać do hotelu, w końcu i tak nie byłam w stanie dobrze pracować, bo trzęsły mi się ręce. - Wzięłam łyka herbatki. - Mmm... dobra.
-Sam robiłem, więc musi być dobra. - Zaśmiał się. Jestem tylko ciekawa jakim cudem udało mu się samemu zrobić herbatę, przecież jesteśmy w hotelu, gdzie podejrzewam, że takie rzeczy załatwia obsługa, no ale nie będę wnikać. - Czyli rozumiem, że dzisiaj mnie posłuchasz i nie pójdziesz do pracy? - Nie do końca mnie zadowoliło jego pytanie, bo szczerze powiedziawszy miałam zamiar pójść dziś na skocznię.
-O nie! Tego nie powiedziałam. Dzisiaj się czuję już lepiej, więc mogę w spokoju pójść i...
-Posłuchaj. Nie pozwolę ci narażać zdrowia dla jakieś głupiej pracy. - Czy on właśnie powiedział, że moja praca jest głupia? Teraz to już jestem całkowicie przekonana, że idę dziś na skocznię. - Jeżeli mnie nie posłuchasz to powiem mamie, że jesteś chora i zapewne jak tylko wrócisz do domu to się wprowadzi do ciebie na co najmniej tydzień i będzie się tobą opiekować. Nie wiem czy tego chcesz... - Dobra, teraz to ja się czuję jak za dzieciaka, kiedy takie mini szantaże były na porządku dziennym. Wystarczyły tylko dwa słowa, przez które byłam zmuszona mu ulec.
-No dobrze, ale pamiętaj, że jeżeli mnie wywalą z pracy to pożałujesz tego. - Westchnęłam i wyjęłam z pod poduszki telefon, wykręcając numer do szefa.
Po skończonej rozmowie z szefem odłożyłam telefon na miejsce i odetchnęłam z ulgą. Było ciężko, ale w końcu udało mi się go przekonać, żeby pozwolił mi już wracać do domu. Całe szczęście nie wyrzucił mnie z pracy. Powiedział tylko, żebym się kurowała szybko.
-Masz szczęście. Mam wolne przez przyszły tydzień. - Wstałam z łóżka i wyjęłam z szafy moją torbę, by po chwili zacząć pakować do niej swoje rzeczy.
-Mówiłem, że powinnaś wcześniej do niego zadzwonić. Nie musiałabyś wczoraj tak marznąć. Jakbyś dostała zapalenia płuc to dopiero byś miała... - Urwał jakby w pół słowa. - Co tak właściwie robisz?
-Pakuję się. Wracam do domu. - Odparłam obojętnie.
-Teraz? W tej chwili? - Dopytywał zdziwiony.
-Nie mam nic innego do roboty, więc najlepiej będzie jak pojadę po prostu do domu. Nie opłaca mi się marnować tutaj czasu. - Zerknęłam na moment na jego minę, która mówiła, że nie podoba mu się do końca ten pomysł.
-Poczekaj chociaż do wieczora. - Próbował mnie przekonać.
-Do wieczora? A po co? - Zaśmiałam się lekko upychając niektóre rzeczy w mojej torbie.
-Mógłbym na przykład jechać z tobą i nie nudziłoby ci się tak. - Spojrzałam na niego z uśmiechem.
-Przecież ty i tak uśniesz po jakiś piętnastu minutach jazdy, no ale skoro chcesz jechać to mogę na ciebie poczekać do wieczora. - Usłyszawszy moje słowa mocno mnie przytulił. - Ej! - Wystraszył się delikatnie. - Chyba nie chcesz się zarazić. - Zaśmiałam się.
-Pewnie, że nie. Dzięki. To widzimy się po konkursie. Ja biegnę teraz na trening, bo pewnie jestem już spóźniony. - Nie zdążyłam nawet nic odpowiedzieć, bo usłyszałam tylko zamykane drzwi.
Postanowiłam dopakować się do końca, żeby potem mieć z głowy, jednak moją uwagę przykuł aparat leżący na szafce. W takim razie nie wydawało mi się, że przez sen słyszałam kogoś wchodzącego do mojego pokoju. Podejrzewam, że to był Gregor, który odniósł mi moją własność. Moje podejrzenia potwierdziła karteczka z napisem: "Zadzwoń jak wstaniesz." i dołączony numer telefonu. Uśmiechnęłam się pod nosem, wzięłam do ręki komórkę i wybrałam odpowiedni numer. Już po chwili mogłam usłyszeć jego głos.
-Halo?
-Cześć, pamiętasz mnie jeszcze? - Wolałam się upewnić, w końcu jest sportowcem, który na co dzień widuje tysiące ludzi.
-Nie mógłbym zapomnieć tak pięknej dziewczyny. - Zaśmiałam się na jego słowa. - Jak się czujesz?
-Dużo lepiej niż wczoraj. Trochę mnie gardło boli i czuję się delikatnie osłabiona, ale to szybko minie. Wracam dzisiaj do domu i wykuruję się tam w mgnieniu oka. - Usiadłam na łóżku.
-Mam nadzieję, że szybko wyzdrowiejesz. Oglądałaś już zdjęcia? - Momentalnie poderwałam się z miejsca.
-Na prawdę je zrobiłeś? - Usłyszałam w odpowiedzi mruknięcie. - Poczekaj chwilkę, zaraz je obejrzę. - Odpowiedziałam podekscytowana i podeszłam do szafki, na której leżał aparat i chwyciwszy go usiadłam na krześle i zaczęłam przeglądać zdjęcia, które były niesamowite. Normalnie jakby robił je zawodowiec. - Gregor, te zdjęcia są wspaniałe. - Powiedziałam z zachwytem. - Jakim cudem robisz lepsze zdjęcia ode mnie, skoro to ja kończyłam różne kursy i...
-Mówiłem ci już, że mnie nie doceniasz? Interesuję się wieloma rzeczami, między innymi fotografią i właśnie oglądasz tego efekty. - Przyznam szczerze, że zaimponował mi tym.
-No to teraz rozumiem, dlaczego powiedziałeś, że znasz się na fotografii bardziej niż mogę się tego spodziewać.
-Dokładnie. - Wyczułam, że właśnie się uśmiecha. - Co powiesz na kawę? Oczywiście jak już wyzdrowiejesz. - Pomysł mi się spodobał, ale niestety widziałam ku temu kilka przeszkód.
-Wiesz, może być trochę ciężko, bo mieszkam w Słowenii, a ty z tego, co mi wiadomo to w Austrii i...
-Jesteś przecież fotografem, więc podejrzewam, że będziesz na innych konkursach. - No i właśnie w tym tkwił problem...
-Nie do końca. To trochę skomplikowane. - Westchnęłam. - No, ale niech będzie. Postaram się jakoś przyjechać. Jak nie jako fotograf to prywatnie. - Wzięłam do ręki kubek z chłodną już herbatą i upiłam łyka.
-Tak się cieszę. Ja muszę już biec na trening. Do zobaczenia wkrótce.
-Pa.